Cat Paw Print
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 stycznia 2014

Nowy członek watahy Armel!

Vayper
Szpieg

Od Lary - C.D. Armina

Z lekką niechęcią odeszłam od drzewa. Idąc do basiora czułam się dziwnie słaba. Kiedy zbliżyłam się do Armina poczułam duży głód.
- Od kiedy ja tu siedzę?- spytałam.
- Wszyscy szukają cię od dwóch dni.
Uświadomiłam sobie, że miałam szczęście, że nie wykończyłam się przez tyle czasu jedynie płacząc.
- Armin?
- Tak?
- Mógłbyś ogłosić twojej watasze, żeby o 12:00 zebrali się pod Drzewem wiecznego kwiecia?- spytałam wskazując koronę pełną różowych liści, wystającą ponad inne drzewa.
- Oczywiście.- odpowiedział po chwili i udał się w stronę terenów Armel.
Zaczęłam iść się w stronę Jeziora ptasiego śpiewu. Kiedy dotarłam w wyznaczone miejsce od razu wskoczyłam do wody. Od razu poczułam przypływ sił. Chwilę jeszcze popluskałam się w jeziorze, a potem wyszłam ociekając wodą. Wychodząc zauważyłam dwa, płaskie kamienie leżące niedaleko mnie. Podeszłam tam i zobaczyłam napisy.  Pierwszy głosił:
,,Tu spoczywa Vedis. Wspaniała Beta i towarzyszka naszych serc. Zginęła broniąc honoru."
Na drugim nagrobku były napisane te same słowa, tyle, że o Lotti'm. Po moim policzku spłynęła łza, lecz zebrałam się z sobie i udałam się do swojej jaskini. Kiedy tylko tam weszłam rzuciłam się w stronę spiżarni i wzięłam z niej 3 pieczone udźce dzika. Zjadłam to w niewiarygodnym tempie. Spojrzałam na słońce. Znajdowało się blisko zenitu co oznaczało, że zbliża się 12, a ja jeszcze nie ogłosiłam zebrania. Wyszłam na zewnątrz i krzyknęłam z całych sił ogłoszenie, które powinni usłyszeć wszyscy w promieniu kilometra. Szybkim krokiem pomknęłam w stronę umówionego miejsca. Zobaczyłam tam wilki z obu watah. Podeszłam do Armina.
- Chodź ze mną?
- Gdzie?
- Na górę.
- Ja? Dlaczego?
- Ponieważ nie mam zbytniego daru do przemawiania. Niestety.
Basior nie odpowiedział tylko poszedł za mną. Zaczęłam wchodzić po drzewie. Kiedy dotarłam na ,,gniazdo" Armin był lekko w tyle. Wyciągnęłam do niego łapę, a on po chwili myślenia złapał ją, a ja podciągnęłam do trochę. Gdy basior ustał popatrzyłam na wszystkich zgromadzonych i zakołysałam się lekko na łapach.
- Wszystko dobrze?
- Tak, tylko muszę się trochę przespać.
Po namyśleniu się jak zacząć, przemówiłam:
- Assair, mój brat zakończył wojnę, lecz sam poniósł śmierć. Domyślam się, że nie tylko dla mnie jest to wielki cios.
- Przecież wy się nienawidziliście!- krzyknął ktoś z zebranych.
- Jednak chcę wyświadczyć mu przysługę. A może raczej coś więcej... Teraz ja będę Alfą obu watah, ponieważ nie chcę, aby członkowie jego watahy tracili domy i musieli się rozdzielić. Połączmy się i żyjmy w zgodzie!
 Usłyszałam całą masę sprzeciwów. Poczułam, że kręci mi się w głowie, ale wszystko zaraz wróciło do normy. Zestresowałam się i zrobiłam się czerwona.
~Po prostu sobie nie radzę... Przerasta mnie to.~
Popatrzyłam bezradnie na Armina.

(Armin?)

Od Armina - C.D. Lary


- Co teraz będzie?- spytała ze łzami w oczach jakbym miał wiedzieć. Podrapałem się po głowie i westchnąłem ciężko.
- Wygląda na to, że zostałaś Alfą obu watah, bo pokonałaś Assair'a, Alfę Armel. Musisz zapanować nad wilkami z mojej watahy co nie będzie łatwe, bo oni Cię szczerze nienawidzą. A teraz, kiedy Assair... nie żyje... - głos mi się załamał. Był dla mnie ważny, mimo, że ja byłem mu obojętny. Spędziliśmy razem te kilka tygodni, ale w myślach nazywałem go już najlepszym przyjacielem. "Głupi Armin, za szybko się przywiązujesz." - przekląłem na siebie w myślach.
- Armin?
- Mm?
- Wszystko w porządku?
- Mm.
- Czyli?
- Mm.
- Rozumiem, że jest Ci ciężko, mi też. Straciłam brata, a Ty najlepszego przyjaciela. Ale...
- ... nie możemy się poddać. Wiem.
Uśmiechnęła się przez łzy. Zdałem sobie sprawę z tego, jaka jest silna. Straciła brata, którego kochała, nawet chociaż on jej nienawidził. Straciła go, a teraz stała się Alfą watahy, której członkowie jej nienawidzili. Poczułem do niej respekt.

<Lara?>

sobota, 18 stycznia 2014

Nowa członkini watahy Armel!

Kayn
Łowca

Od Katniss

Nie brałam udziału w walce .
Większość wilków uważało że to ich obowiązek aby walczyć dla swojego Alfy ,ale nie ja i Alarica (którą namówiłam aby ze mną została ) w sumie to z Armel walczyło tylko 6 wilków i wygnani .
Czy to oznaka tchórzostwa z naszej strony ? W żadnym wypadku ! Po prostu analizując całą sprawę stwierdziłam że kolejny rozlew krwi nie jest mi potrzebny .
To oczywiście nie oznacza że nie odnieśliśmy z Al żadnych ran ! Pomimo tego że ukryłyśmy się z w największych zaroślach i tak dostałyśmy kilkoma strzałami ,ale to nic wielkiego w porównaniu z innymi .Obserwowaliśmy całą bitwe nie angażując się w nią i nagle wszystko ucichło (a raczej wygnani odeszli i walczyły tylko 4 wilki (w tym 3 wadery i 1 basior .Padali z nóg ,Avalon miało się całkiem dobrze ).
Nie mogłam na to patrzeć ,Alfa zostawił swoich na polu walki , a oni byli mu tak bardzo oddani ,że byli gotowi stracić za niego swoje cenne życie.Wyszłam na środek otaczając się kulą wody i zabrałam naszych ledwo żywych wojowników do jaskini .Poleciłam Alarice aby się nimi zajęła a sama udałam się na poszukiwania Alfy .
Ukryłam się na drzewie i zobaczyłam jak pod innym drzewem płakała jakaś samica .Przeszukałam też obszar obydwu watah ,ale jego nigdzie nie było .
Nie było innej możliwości ,teraz byłam już pewna - Assair ...nie żyje .
Może to dziwne, bo nawet go nie znałam (i nie lubiłam )ale skuliłam się w kłębek i zaczęłam płakać ...poczułam w sercu ogromny ból tak jakby byłby mi on w jakiś sposób bliski ( a nie był ) .Po chwili jednak odzyskując zdrowy rozsądek , udałam się do jaskini .gdzie wypoczywały ranne wilki z Armel.
-Co się stało ?-spytała Alarica wychodząc mi na spotkanie i widząc zaschnięte łzy na moim pysku.
-Wiesz Al ...obiecaj mi że nie będziesz płakać .-powiedziałam twardo .
-No...dobrze ..ale..
-Assair nie żyje - powiedziałam pospiesznie ,przerywając jej w pół słowa .
-Jak to ?-zapytała przejęta -Co teraz z nami będzie ! -wrzasnęła -Przecież nie poradzimy sobie bez Alfy ! Nie to niemożliwe ! NIEMOŻLIWE !!!
Spojrzałam na nią ,widziałam jak po jej policzku spływały łzy .Przytuliłam ją do siebie ,próbowałam pocieszać, choć tak na prawdę sama nie wiedziałam co się teraz z nami stanie..
***
Przekazałyśmy wiadomość o śmierci Alfy pozostałym członkom watahy .Ogłosiłyśmy tygodniową żałobę i wszyscy rozeszli się do swoich jaskini .Tymczasowo decyzje na temat dalszego życia Armel podejmowaliśmy za pomocą głosowania wszystkich członków watahy .Zamieszkałam w jaskini razem z Alaricą ,postanowiłyśmy że w takich okolicznościach tak będzie lepiej .
Nie było czasu na załamywanie się .Członkowie watahy zatwierdzili że należy rozpocząć gromadzić zapasy na zimę która zbliżała się do nas nie ubłagalnie .Wyznaczyliśmy miejsce gdzie będziemy znosić nasze ofiary i wilka który będzie odpowiadać za strzeżenie naszych zdobyczy (osobnik ten zmieniał się z innym kolejnego dnia).
Udało nam się choć w małym stopniu usprawnić życie watahy i nieco zacieśnić więzy między sobą .
Jakoś sobie radzimy ale to już nie to samo ,ale trzeba do tego przywyknąć ,bo przecież wszystko się zmienia jednego dnia jesteś drugiego dnia już cię nie ma ..



piątek, 17 stycznia 2014

Od Lary - C.D. Assair'a

Nie miałam pojęcia dokąd mógł pobiec Ass. Jednak próbowałam o dogonić i odwieść od głupich pomysłów. Armin po chwili poszedł za mną. Kiedy nie wiedziałam dokąd dalej się udać samiec dogonił mnie. Wtedy uderzyła we mnie fala zimnej mocy. Poczułam duży ból w plecach, jednak w tym samym momencie usłyszałam krzyk Assair'a. Kiedy tylko mogłam szybko podniosłam się i pobiegłam w tamtym kierunku. Zobaczyłam mojego brata i Altair'a leżących na ziemi. Z brzucha wuja i pękniętej piersi Ass'a lała się krew. Wyskoczyłam z krzaków i podeszłam do brata. Uklęknęła przy nim i wzięłam jego głowę w łapy. Byłą ciepła, chociaż nie żył. Jednak z jego ust dobyło się ostatnie, słabe słowo:
- Przepraszam....
Kąciki jego ust lekko uniosły się, a ciało stało się bezwładne. Spuściłam głowę i chwilę tak siedziałam. Po chwili zorientowałam się, że nie chcę żeby ktokolwiek oprócz mnie wiedział, gdzie pochowam brata. Żadnej uroczystości. Odsunęłam się od ciała i stworzyłam wokół niego barierę, dzięki której mogłam go unieść bez problemu. Zdecydowałam, że pochowam go na granicy dzielącej obie watahy. Wolno szłam na ustalone miejsce. Gdy już tam dotarłam, wykopałam dół, w którym zmieści się ciało. Ostrożnie włożyłam zwłoki brata do dołu i zasypałam je ziemią. Zbliżyłam się do mogiły, a kilka łez spadło na świeży grób. Wtem z gleby wystrzeliło drzewo. Było przynajmniej dwa razy wyższe ode mnie. Jego kora była biała, liście złote, a piękne, duże kwiaty czarne. Bez namysłu przytuliłam się do pnia i zaczęłam płakać. Siedziałam tam trochę czasu, rozmyślając nad wszystkimi chwilami spędzonymi z bratem. Wreszcie wstałam i zobaczyłam, że zaczęło świtać. Gdy się odwróciłam zobaczyłam stojącego Armina, a jego noga była opatrzona i zabandażowana.
- Co teraz będzie?- spytałam ze łzami w oczach.

(Armin?)

czwartek, 16 stycznia 2014

Od Assair'a - C.D. Armina

Spojrzałem na tę dwójkę. Oboje z choinki spadli ( może nawet do siebie przez to pasowali ??? ). Armin miał pewnie dobre intencje, ale nie zrozumiał niczego. Chodziło mi o to, że zerwałem układy z Wygnanymi, ratując Larę przed Arwaron'em..Wypowiedziałem im przez to wojnę i poparłem własną siostrę ( tego z kolei nie mogłem zrozumieć ja )...  Za to należała mi się śmierć.
- Czemu miałbym zostawić Armel ? Przecież to jest moja wataha i mój dom... Moje- tu przerwałem i odwróciłem gwałtownie głowę.  W sercu poczułem niepokój i nie czekając na nic skierowałem się na tereny Armel. Z tyłu słyszałem nawoływania siostry i Armina, ale nie obejrzałem się. Biegłem nie wiedząc po co... Po prostu czułem, że ktoś właśnie niszczy mi życie... Pierwsze co zrobiłem, gdy tylko przekroczyłem z powrotem swoją granicę, to skierowałem się do jaskini ... Podczas ataku zostawiłem ojca samego! Mój niepokój się wzmagał... Wbiegłem do swojej jaskini i ... pusto. Oszalały, przerzuciłem wszystko w swojej jaskini. Zniszczyłem wszystko co posiadałem i wybiegłem z jaskini. Z oczu spływały mi łzy, które w locie zmieniały się w lód. Rzuciłem się i przeszukiwałem każdy krzak, każdy skrawek ziemi i... nie znalazłem nic. Usiadłem zrozpaczony. Oddech mi przyśpieszył, a oddychanie sprawiało ból.  Nagle znikąd pojawili się koło mnie Cer i Bergul. Każdy położył jedną łapę na moich barkach. Podniosłem głowę, by zorientować się w sytuacji i zobaczyłem przed sobą Czarnego Pana. Stał do mnie tyłem i milczał. Jego pachołkowie też byli jak słupy soli.
- Czy wiesz może... Gdzie jest reszta Wyklętych ? Wiesz... Vervu, Roker, Esea....Arwaron... - ostatnie imię wypowiedział szczególnie modulując głos. Przeszły mnie dreszcze. On nie mógł zmierzać do niczego dobrego... - Wiesz gdzie są?! Wiesz?! Ja wiem! Nie żyją! Nie został nikt prócz Nas!- wykrzyknął i odwrócił się, a ja krzyknąłem i chciałem się wyrwać ku niemu, lecz potwory trzymały mnie mocno. Mroczny Pan trzymał jedną ręką, wysoko w powietrzu mojego ojca,  ściskając mu podgardle. Starzec wił się lecz opuszczały go już siły. Krzyczałem i szarpałem się, ale Bergul i Cer, zagradzali mi drogę i nie pozwalali mi się ruszyć.  Lód szybko zaczął pochłaniać moje ciało, a serce zaczęło bić szybciej. Łzy spływały, lecz szybko zamarzały mi na policzku. - Oko za oko... - wysyczał Wysysacz Dusz i uniósł drugą rękę w której trzymał miecz... Źrenice rozszerzyły mi się i wstrzymałem oddech. - ...Ząb...za.. ZĄB! - krzyknął i przebił mojego ojca, a potem puścił już nieruchome ciało...
- Nieeeeeeee! - w tym samym momencie, wrzasnąłem a moje serce pękło... Potężna fala uderzeniowa rozeszła się po okolicy, na zawsze zmiatając z powierzchni ziemi trzy potwory. Upadłem...
Cały lód w okół mnie zniknął... Z mojego serca leciała krew... Patrzyłem na ojca i płakałem... Po raz pierwszy w życiu moje łzy nie zamieniły się w kryształki lodu... Płakałem jak dziecko. Zwinąłem się w kłębek i łkałem, tak jak kiedyś... Po prostu szczerze.
Po paru minutach, szron z mojego futra zaczął się topić, a łzy zasychać... Serce zwolniło tępo, a świat wydawał się mieć piękniejsze barwy niż kiedykolwiek... Gwałtowna utrata krwi spowodowała powolne zamieranie sfer mózgowych, co trochę utuliło ból... Przecież wygrałem... Pokonałem swoje przekleństwo... Zniszczyłem Władcę Dusz Przeklętych, więc moja dusza została zwolniona!
Leżałem w cieszy, obok ciała ojca. Poczułem zapach jesiennych róż... Słyszałem śpiew ptaków, zwiastujący świt.... Poczułem szczęście...  Dotknąłem woreczka na szyi i wyciągnąłem z niego Naszyjnik Mamy, który kiedyś mój ojciec jej dał... To był mój największy skarb, choć z pewnością nie najbardziej wartościowy. To było jedyne wspomnienie mamy... A naszyjnik nadal nią pachniał...
Upuściłem zawieszkę, lecz nie miałem siły wyciągnąć po nią łapy... Przymrużyłem oczy...
To pierwsze promienie słońca dosięgły mojej twarzy... Podniosłem głowę, lecz szybko ją opuściłem, ponieważ nie byłem w stanie jej utrzymać... Zaśmiałem się głośno z siebie. Po raz pierwszy w życiu, czułem się tak szczęśliwym i tak słabym jednocześnie! Widok się rozmazywał, a oddech stawał się coraz płytszy. Przymknąłem oczy. Chyba umierałem. Ale mimo wszystko byłem zadowolony, bo udało mi się naprawić to co zniszczyłem... Zakończyłem wojnę. A przynajmniej, tą tutaj... W sercu... Pragnąłem przeprosić tyle osób! Ale przedewszystkim Ją . Moją siostrę. "Musiała znosić takiego kretyna..." pomyślałem a w głowie zawirowało mi słowo ,,kretyn" . Uśmiechnąłem się pod nosem, lecz nie rozróżniałem już co jest jawą, a co snem.
< Lara? Armin? - przyjdziecie, czy nie  ? >
< Mam nadzieje, że Armin mi wybaczy tą rychłą śmierć  ; ) >

Od Ashantee - C.D. Assair'a

- O dzięki wielkie...- powiedziałam lekko zmieszana.- Jest przepięknie.
- Cóż mam nadzieję, że ziele nie zwiędnie...- powiedział cicho.
- To się zobaczy.- powiedziałam i stanęłam nad zamrożonymi roślinami.
- Hm...- mruknął coś pod nosem basior.- Co robisz?
Nie odpowiedziałam, ale zamknęłam oczy i skupiłam całą swą koncentrację na roślinach. Potem lód powoli zaczął pękać, a rośliny wschodzić. Po chwili pojawiły się piękne i żywe jak przedtem.
- Jak to zrobiłaś?- zdziwił się wilk.
Wzruszyłam ramionami.
- Mam taką moc.
<Assair?>

Od Armina - C.D. Assair'a


- Assair! - wrzasnąłem wstając chwiejnie na nogi i rzucając się za wilkiem. Jego słowa tłukły mi się po głowie. "Więc właśnie dla Ciebie zabiję samego siebie! Więc właśnie dla Ciebie zabiję samego siebie!"
Ignorując ból i krew cieknącą po moich nogach pędziłem przez las mijając drzewa i walczące wilki. Cały czas myślałem jedynie o moim Alfie. "To zdrajca i zasłużył na śmierć, ale nie zabiję go." Czułem, że go zawiodłem. Nieświadomie. Zrobiłem coś, co sprawiło mu ból, coś czego nie mógł wytrzymać. Obwiniałem samego siebie.
Przeklinając swój los potknąłem się. Zaryłem twarzą o ziemię. Klnąc pod nosem podniosłem się i pobiegłem dalej. Pot spływał mi na oczy i zamazywał wszystko dookoła. Nic się nie liczyło. Na świecie istniałem tylko ja jeden, biegnąc przez las mimo zmęczenia i pulsującego bólu w tylnej łapie. Ważne były tylko moje myśli.
Nagle po lewej rozległ się trzask gałęzi. Nie wiedziałem co zrobić. W moim obecnym stanie nie uciekłbym daleko i nie mógłbym walczyć. Było za mało czasu na wymyślenie jakiejś chytrej sztuczki. W tamtej właśnie sekundzie pojawiła się Lara.
- Biegnij po Assair'a! Ja się zajmę tym tu! - krzyknęła do mnie przez ramię. Nie zastanawiając się zbyt wiele kiwnąłem głową i, wyczuwając słaby zapach Assair'a, podążyłem za nim biegiem.
[...]
Po drodze wpadłem na jakąś wilczycę. O mało co nie zostałem zabity <5 razy> Prawie odpadła mi noga. Potknąłem się <10 razy> Jednak za wszystko otrzymujemy jakieś wynagrodzenie. Między drzewami mignęła mi znajoma sylwetka wilka miotającego lodem.
- ASSAIR! - wrzasnąłem. Zignorował mnie. - COKOLWIEK CHCESZ ZROBIĆ, NIE RÓB TEGO! NIE MOŻESZ SIĘ ZABIĆ! TWOJA ŚMIERĆ OZNACZA DLA NAS BRAK DOWÓDCY! BRAK DOWÓDCY OZNACZA BRAK MOTYWACJI DO WALKI, BRAK ORGANIZACJI I SIŁY! POTRZEBUJEMY CIĘ! NIE MOŻESZ NAS TERAZ OPUŚCIĆ! CO Z CIEBIE ZA ALFA JEŚLI ZAMIERZASZ WYCOFAĆ SIĘ W KLUCZOWYM MOMENCIE?! CO Z CIEBIE ZA ALFA JEŚLI ZAMIAST PONIEŚĆ HONOROWĄ ŚMIERĆ W BOJU TY CHCESZ TĘ ŚMIERĆ ZA WSZELKĄ CENĘ PRZYSPIESZYĆ?! CO MY ZROBIMY PO STRACIE CIEBIE?! WSZYSCY WOJOWNICY ARMEL ROZBIEGNĄ SIĘ PO LASACH! BĘDZIEMY ZMUSZENI ODDAĆ WSZYSTKO CO MAMY, ODDAĆ SAMYCH SIEBIE W NIEWOLĘ LUB UCIEKAĆ BEZ DUMY! NIE MOŻESZ NAS ZOSTAWIĆ! NIE TEGO SPODZIEWA SIĘ PO TOBIE CAŁA ARMEL! NIE MOŻESZ NAS TERAZ ZAWIEŚĆ! Liczymy na Ciebie, Assair. Zwłaszcza ja. ZWŁASZCZA JA!
Stałem w pozycji bojowej, a z moich oczu, w których płonęły zapał i gniew, płynęły łzy. Byłem słabeuszem i moje zdanie nic się dla Assair'a nie liczyło. Byłem niczym w porównaniu do niego. Byłem zdrajcą, nawet chociaż nie wiedziałem co złego zrobiłem. A przede wszystkim, byłem samotny. Nie mogłem spotykać się z Larą, bo Assair'owi się to nie podobało. Nie mogłem spotykać się z Assair'em, bo on uważał mnie za śmiecia. Nie mogłem spotykać się z kimkolwiek innym, bo Assair chciał, żeby jego doradca był cały czas w pobliżu.
Świadomy własnej słabości zaakceptowałem ją. Świadomy tego, że jestem zerem, że żadna wilczyca mnie nie pokocha, że nigdy nie zdobędę przyjaciół po prostu stałem przed Assair'em i nic nie robiłem. Stałem spokojnie, a Alfa Armel miał mnie gdzieś. Stałem ze zdartym gardłem i zranioną łapą. Mógłbym stać tam już na zawsze.
Zza moich pleców nadbiegła Lara.
- Armin! Dzięki Bogu, że nic Ci nie jest! - zawołała i rzuciła mi się na szyję. W kącikach jej oczu pojawiły się łzy. Nagle zdała sobie sprawę z tego co zrobiła i, rumieniąc się gwałtownie, odsunęła się. Spojrzała wyczekująco na Assair'a, który stał przede mną.

<Assair? Lara?>
<drama, oj, drama>

środa, 15 stycznia 2014

Od Assair'a - C.D. Lary

- Może jego też zabijesz?! Wiedz, że musisz zabić mnie zanim zabijesz kogokolwiek następnego! - krzyknęła zasłaniając Armina. Jaki heroizm. Jaki bohaterski czyn... I jaka... naiwność...
- Jego? To zdrajca i zasłużył na śmierć, ale nie zbiję go. Śmierć sama się po niego pofatyguje. Ja pomagam przejść na drugą stronę tylko tym, którzy mają z tym kłopoty. - powiedziałem twardo, a klatkę piersiową pokrył mi lód. Jeśli sądziła, że posiadam litość, to była w błędzie. Moje serce dawno utraciło tę cechę, a zastąpił ją chłód i lód. Podszedłem by zaatakować Larę i nawet wymierzyłem, lecz wtedy przed oczami mignęła mi wizja. Ojciec walczący z wujem. Dwa wilki, które kiedyś były dwoma najlepszymi przyjaciółmi... Br Przekleństwo... To właśnie przez to był przeklęty mój ojciec, a niedługo przez to umrę ja. Oczy zmieniły mi się na błękitne. Z jednej strony wielka chęć dokończenia wojny ojca, a z drugiej... A z drugiej strony szczątki duszy... Szczątki marzeń, radości i wspomnień... Szczątki mnie. W tej samej chwili z krzaków zza moich pleców wyskoczył Arwaron. Z diabelskim uśmiechem rzucił się z mieczem na Larę, ale zanim jej dosięgnął, ja odwróciłem się błyskawicznie i z dzikiem krzykiem zamroziłem go, wtedy gdy skoczył. Posąg z lodu uderzył z impetem w ziemię i pokruszył się na miliardy kawałeczków. Wrzasnąłem jeszcze raz z bólu, który dobiegał od serca. Atak na pół demona był za silny jak na moje standardy. Spojrzałem na Larę oczami pełnymi szaleństwa zmieszanymi ze wstydem i wściekłością na siebie samego. - Muszę zabić Ciebie zanim zabiję kogokolwiek innego ? Więc właśnie dla Ciebie zabiję samego siebie! - odparłem na jej wcześniejsze oświadczenie i pobiegłem w las , by dotrzeć do miejsca głównej walki. Zostawiłem i Larę i Armina. Nie potrafiłbym wytrzymać ich wzroku...
 < Lara? Armin? >

Od Katniss -C.D. Creatura

-Nie szukam żadnej jaskini-odpowiedziałam.
-Jak to ?Przecież mówiłaś ...
-Blablabla,wiele można mówić .-przerwałam basiorowi .
-Więc czego szukałaś w mojej jaskini?- spytał podejrzliwie.
-To już dosyć długa i rozwlekła historia-odrzekłam -więc skoro nie możesz mi pomóc to dalej pójde sama ,paaaa!
Uśmiechając się do siebie odeszłam kilka kroków od samca ,jednak po chwili usłyszałam zza pleców jego głos:
-może jednak mogę pomóc ?
Przez chwilę zastanawiałam się ,w pewnym momencie zapytałam:
-W sumie...wiesz może gdzie mogę znaleźć miejsce w którym osiedliły się smoki ?


<Creatur ?>

Od Livi

Byłam wściekła na Assair'a. Jaki on... Jaki on jest bezczelny! Jaki jest zadufany w sobie! Przechodziłam po terenach mojej watahy. Nagle zaczęło się robić zimno, a na drzewach pojawił się szron. O, ho! Idzie tu. Zawróciłam. Kiedy znów było ciepło, a moją sierść rozwiał ciepły jesienny wiaterek zamknęłam oczy. Nagle moją łapę przeszył ból. Otworzyłam gwałtownie oczy. Znajdowała się tam głęboka szrama zrobiona sztyletem bądź strzałą z łuku. Usłyszałam szelest w pobliskich krzakach.
- Jeśli chcesz walczyć, wyjdź i miej śmiałość walczyć jak na wilki przystało!- wrzasnęłam, a z moich zębów na ziemię spłyną jad, który wypalił zżółkniętą trawę na ziemi.
Niech tylko ten ktoś mnie zaatakuje, a wystarczy, że lekko go ugryzę, a ten już padnie trupem! Obcy chyba nie wiedział z kim zadarł! Nagle zobaczyłam brązowe ślepia i dwie blizny na pysku.
<Kast?>

wtorek, 14 stycznia 2014

Od Assair'a - C.D. Ashantee

-Ej! Niszczysz mi rośliny! - usłyszałem i zobaczyłem wilczycę, która, patrzyła na mnie teraz wściekle. Spojrzałem na ziele pod moimi łapami. Właśnie zamarzało.
- Wybacz. - przeskoczyłem po za obręb tego ogródka i zamroziłem inne rośliny. - Ale spójrz na to z drugiej strony... Ja mógłbym krzyknąć : Ej posadziłaś zielsko na mojej ulubionej ścieżce". - powiedziałem specjalnie intonując głos. Byłem chyba na tyle zmęczony, że nawet pojawił się na mojej twarzy nieznaczny uśmiech. Szanowałem zielarzy, bo robili coś, czego ja nigdy bym nie potrafił.  Każda roślina przy mnie umiera. Spojrzałem na rośliny które wymroziłem. - Chyba powinny odtajać ... Chyba... Nie wiem. Czasem zamrażam na stałe. Ale  raczej się naprawią... Rośliny usychają jeśli się je zamrozi? No, ale właściwie lód to woda, więc chyba uschnąć nie powinny... Po prostu powiedz... Mocno je uszkodziłem? Naprawisz je ? - zacząłem się  plątać. Nie znałem się na niczym, co nie było powiązane z lodem, czy zimą... A właśnie teraz, własnemu zielarzowi zbiory zepsułem ... Ale przecież ja wszystko niszczę... Więc to chyba normalne... - Czekaj, wiesz, co ? Może na wszelki wypadek ogrodzę to Twoje poletko, żebym go nie zniszczył na drugi raz ...- powiedziałem i uderzyłem łapą w ziemię. W okół terenu zielarni pojawił się płot z nie rozpuszczającego się lodu, sięgający wysokością, do karku przeciętnego wilka. Popatrzyłem jeszcze, i po namyśle dorobiłem jeszcze furtkę, a przy niej tabliczkę  - Na imię Ci Ashantee, prawda ? - spytałem jeszcze dla upewnienia, ale nie czkając na odpowiedź, machnąłem jeszcze łapą, a na tabliczce pojawił się napis ,,Zielarnia Ashantee". Uśmiechnąłem się sam do siebie przypatrując się temu co zrobiłem. Kiedyś budowałem tak, ogromne zamki i bawiłem się w nich całymi dniami... "Jak następnym razem tu przyjdę, dorobię jeszcze kwitnący krzew, pnących róż, porastający cały płot. Będzie ślicznie...." pomyślałem przez chwilę, ale zaraz wróciła mi dawna mentalność umysłu. Otrząsnąłem się i spojrzałem na Ashantee. - Mam nadzieję... Że to wystarczy, by wynagrodzić straty...W zielu. - powiedziałem ostrożnie i spojrzałem uważnie na wilczycę.
< Ashantee >

Od Glii - C.D. Asar`a

W ogóle nie słuchałam tego typa. Byłam skupiona. Chciałam wyczuć wszystko, co mnie dotykało. Te wszystkie bodźce. Najbardziej do gustu przypadły mi źdźbła trawy. Tak przyjemnie muskały moje ciało. Gdy słyszałam, jak nieznajomy odchodzi, chciałam coś powiedzieć, ale usłyszałam hałas. Usłyszałam cichy szmer. I to z pewnością nie była polna mysz.
- Ktoś tu jest- stwierdziłam, wstając z trawy. Podeszłam bliżej Armina.
- To Asar- odparł spokojnie. Nie, dam głowę, że to nie był on. Chwilę potem obcy wilk wyskoczył z krzaków prosto na mnie z pazurami, robiąc ogromne szramy na mojej szyi.

<Armin?>

Od Katniss -C.D Alarici

Gdy Alarica wdała się w "pogawędkę" z Assairem ,ja tymczasem niepostrzeżenie zniknęłam w gąszczu.Cóż po pierwsze zrobiłam to dlatego że najzwyczajniej w świecie nie interesują mnie jakieś klątwy ,moce i inne zagmatwane rzeczy no a po drugie może on jest przeznaczony Al i zostawiając ich we dwoje spędzą czas w romantyczny sposób (co jest niezwykle wątpliwe ).Tak czy inaczej gdy spacerowałam po naszych pięknych , rozległych terenach nagle jakiś wilk przygniótł mnie do ziemi (śmierdział jak jakieś ścierwo więc był pewnie z Avalon ).Oczywiście nie miałam najmniejszych szans aby wygrać z nim siłowe zwarcie ,gdyż jestem tylko drobniutką bezbronną waderką, czyż nie ?
Basior poranił mi brzuch i pysk ,czułam jak krew spływa mi z jakiejś głębszej rany po całym ciele :
-Atakując wilczycę 100 razy słabszą od siebie sądzisz że jesteś godny szacunku ze strony swojej Alfy i swojej watahy ?Jesteś żałosny .-wysapałam plując mu w pysk krwawą śliną z mojego pyska.
Szczerze mówiąc ciężar wilka powoli zaczął mi przeszkadzać ,gdyż stopniowo czułam jak zaczyna mi miażdżyć kości.Złapałam głęboki oddech ,szarpałam się ,nie mogłam użyć mocy wody ,wilk mocno przyparł moje łapy do ziemii udało mi się jednak za pomocą wiatru go z siebie zrzucić ,po czym wytworzyłam dużą wodną łapę która odrzuciła wilka ,gdzieś w gąszcz ,a ja w tym czasie odeszłam , nie mając ochoty na walkę.
---
Assair i Alarica chyba się trochę dogadali bo przecież on nadal tam stał !
-Katniss gdzie ty byłaś ?-krzyknęła Alarica przyglądając mi się uważnie-O boże ! Jesteś ranna.
Assair również skupił na mnie wzrok ,patrzyli się na mnie jakbym( co najmniej )uciekła z cyrku.
-I co z tego ,to tylko małe zadrapania. -odparłam,bez większego zainteresowania.
-Jak to co ? Ktoś cię zaatakował ? -pytała przejęta .
-Daj spokój , nie ma o czym mówić .-powiedziałam kpiąco
Podeszłam do wody i zobaczyłam swoje przerażające odbicie . Cofnęłam się .
"Ach Katniss nigdy jeszcze nie wyglądałaś tak dobrze ! "pomyślałam ,po czym odwróciłam się do nich ,ale chyba nie mieli ochoty ze mną rozmawiać ,a ja bynajmniej nic nie będę mówić o swoim "starciu ".

<Assair ?Alarica ? Rozmowa się układała ??>

Od Creatur'a - C.D. Glii

Zaskoczyło mnie odpychające zachowanie wadery, ale postanowiłem uszanować jej decyzję.
- Jasne.- powiedziałem cicho.
Odeszliśmy w swoje strony. Powoli i cicho wlokłem się w kierunku mojej jaskini. Gdy byłem już w pobliżu usłyszałem hałas.... I to w mojej jaskini! Wbiegłem tam i ujrzałem nieznaną wilczycę z błękitnymi oczami.
-Przepraszam... Co tu robisz?- zapytałem przyjaźnie ale stanowczo.
Wadera aż podskoczyła. Najwyraźniej nie zauważyła mnie.
- O ja...- zawahała się.- Szukam jaskini pewnej wadery... Ale ty chyba raczej nie jej dom.
- Z pewnością nie.- powiedziałem spokojnie.
- Z kąt to wiesz?- zapytała przypatrując się mi uważnie.
- Bo to maja jaskinia.
-A.....- powiedziała trochę zmieszana.
Nastała niezwykle krępująca cisza.
- Mam pomysł.- powiedziałem by rozładować napięcie, które powstało.- Może poszukamy jej razem?
Wadera rzuciła w moją stronę zdziwione spojrzenie.
- No... dobrze.- powiedziała niepewnie.
- A jaskini jakiej wilczycy mamy szukać?- zapytałem lekko się uśmiechając.
<Katniss?



poniedziałek, 13 stycznia 2014

Uwaga!

Tu Ass.
Jeśli ktoś pominął ten istotny szczegół - jest wojna.
Może by - to tylko sugestia - zacząć walczyć ?!
Oznajmiam, że już jestem. I rzucam wyzwanie Avalon.
Jeśli nie tchórzycie... To... piszcie!
A! Niby taka mała drobnostka... Nie wiem czy to istotne, ale jak doszliście do 60 postów, to coś Was zastopowało... I chciałbym jeszcze zauważyć, że jeśli tak zostanie, to szybko Was przegonimy... Mogę to nawet obiecać ...
No cóż... Ja tylko ostrzegam, bo chcę wygrać wojnę fair play...
A po za tym chcę mieć trochę epickich walk do czytania  i pisania...

                                                                                                                 
A co do mojej watahy to muszę Was pochwalić - od kiedy tylko wspomniałem Larze, o ewentualnym owrzeszczeniu Was pisemnie, za niepisanie, od razu zaczęliście pisać. Może Lara jest telepatką, a ja mam teorie spiskowe, może to było zwykłe zrządzenie losu - nie wiem. Wiem, że podziałało więc jestem zadowolony. Acz prosiłbym, o  jakieś nawiązywanie do wojny < taki temat i go wcale nie wykorzystywać  ?! > ... Tych których mogłem urazić < a mogłem, bo do przyjemnych w obejściu nie należę > prosiłbym, abyście, zaczęli pisać, skoro jesteście obrażeni na mnie, to chociaż z innymi wilkami. 
Cóż... Teraz, kiedy skończyłem mordercze opowiadanie zajmuję się już sprawami  watahy i daję całej Armel cztery dni ( do piątku ) na napisanie przynajmniej jednego opowiadania na głowę.
Bo chwilowo to udzielają się, jak widać, tylko dwie wilczyce i tu chylę czoło, przed ich szybkością pisania opowiadań :P . W każdym razie, usprawiedliwieni < ale nie na długo :) >od tej obowiązkowej pisaniny, są Ci którym jeszcze nie odpisałem. Specjalnie dla Was postaram się szybciutko coś napisać, byście też zdążyli w te dni ;) .
Zasady są proste. Kto się nie zmieści, a nie będę miał powiadomienia, że nie mógł napisać, to usuwam .
                                                                                                             ~~~ Alfa Watahy Armel - Assair
                                                                                                                                     -Salve!

Od Alarici - C.D. Katniss

Gdy poczułam, że już braknie mi powietrza wynurzyłam się z wody. Widząc minę Assaira miałam wielką ochotę się roześmiać, ale to nie byłoby najlepszym posunięciem. Alfa zmierzył mnie i Kat chłodnym wzrokiem. Katniss stała na brzegu ociekając wodą. Ja również wyszłam i otrzepałam się z wody. Małe kropelki poleciały wprost na Assaira, który gwałtownie się cofnął.
-Boisz się wody?-zakpiła Katniss.
Nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu, chociaż zrobiło mi się głupio, że znowu ochlapałam samca. Kątem oka zauważyłam, że kropelki, które dosięgły Assaira zamieniły się w lód. Spojrzałam na wilka z zaciekawieniem, przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały, a w jego oczach ujrzałam smutek, udrękę i chłód. Chłód, który sprawił, że przeszyły mnie lodowate dreszcze.
-Wszystko w porządku?-zapytałam się wilka szczerze zaniepokojona.
-Nie wasza sprawa-rzucił od niechcenia i odwrócił się aby odejść.
Dostrzegłam, że tam gdzie przed chwilą stał, na trawie pojawił się szron.
-Co to jest?-spytała się Katniss.
-Nie mam pojęcia. Ale nie wygląda mi to na zwykłą moc-szepnęłam.
***
Po powrocie do jaskini wciąż myślałam o tym co si wydarzyło. Choć pragnęłam wyrzucić to z siebie, ciągle widziałam smutne oczy wilka, które emanowały jakąś niesamowitą mocą, ukrywały tak wiele tajemnic.
Postanowiłam wezwać duchy. Poczułam jak moje ciało przeszywają dreszcze, usłyszałam jęki i zawodzenie, po czym zapadłam się w ciemność. Gdy otworzyłam oczy w okół mnie pojawiły się przeźroczyste, emanujące srebrzystą poświatą postacie. Zdawały się być lżejsze od powietrza, płynęły po nim, zmieniały swoje kształty.
-Wezwałaś nas Alarico-usłyszałam zimny, nienaturalny głos.
-Chodzi o Assaira. O jego moc. Wiecie coś o tym?-zapytałam się.
-Nie wiele nam wiadomo, o przeszłości tej krainy i ich mieszkańców, ale wiemy, że to nie jest moc. To przekleństwo, choroba, która stopniowo go wyniszcza. Nic więcej nie wiemy. Nie możemy dojść do przyczyn, coś nam przeszkadza. Jakby działała w tym mroczna siła. Coś, co nie pozwala nam zajrzeć w przeszłość.
Myślałam, że dowiem się czegoś więcej, ale niestety duchy nic ponadto nie wiedziały, albo nie chciały mi powiedzieć. Zrezygnowana podziękowałam im i ponownie zapadłam się w ciemność. Gdy otworzyłam oczy tajemnicze postacie zniknęły. Wyszłam na zewnątrz, potrzebowałam świeżego powietrza. Usiadłam pod drzewem i jeszcze raz przeanalizowałam wydarzenia z dzisiejszego dnia. Bezmyślnie zaczęłam bawić się kamykiem, który w pewnym momencie zniknął. Tak dawno już mi się to nie zdarzyło. Westchnęłam ze zrezygnowaniem i postanowiłam wpaść do Katniss. Opowiedziałam jej o tym co powiedziały mi duchy.
-I myślisz, że stąd ten lód? Ale nie rozumiem czym ty się przejmujesz-powiedziała wilczyca.
-To po prostu mnie zaintrygowało, on nie panuje nad swoją mocą, bo to nie jest moc, rozumiesz?
-Szczerze mówiąc nie-odparła zakłopotana Kat.
-Nie ważne. Wytłumaczę ci kiedy indziej. Dobranoc.
***
Następnego ranka umówiłyśmy się z Katniss na polowanie. Jesienna pogoda była jak na razie piękna. Słońce świeciło, przyjemnie grzejąc. Co jakiś czas klucze ptaków przelatywały nam nad głowami. Drzewa miały piękne barwy, od brązów po żółcie. Gdzieniegdzie zachowały się jeszcze pojedyncze zielone listki. Złowiłyśmy razem pokaźnego jelenia. Z Katniss świetnie się polowało. Rozumiałyśmy się bez słów. Wiedziałam co wilczyca zamierza zrobić, a ona co ja. Znałyśmy dokładnie swój każdy następny ruch, co zaowocowało zdobyciem wielkiego jelenia, bez większego wysiłku. Po posiłku udałyśmy się nad jezioro. Byłam bardzo spragniona.
-Znowu on-szepnęła Kat.
Podniosłam wzrok i zauważyłam, że Assair stoi nad nami.
-Chciałem tylko oznajmić, że zaczyna się jesień i każdy wilk jest zobowiązany do upolowania zwierzyny, aby wataha miała wystarczające zapasy na zimę.
Katniss niechętnie kiwnęła głową. Wiedziłam, że z trudem powstrzymała się od rzucenia złośliwej uwagi typu :
"nie będę dla nikogo polować" albo "mam nadzieję, że ty też coś upolujesz, to nic, że jesteś alfą".
-Mam pytanie-zagadnęłam.
-Chodzi o twoją moc...
Assair gwałtownie spochmurniał a w okół zrobiło się zimno. Woda w jeziorze, zaczęła zamarzać.
-Przepraszam...jeśli cię uraziłam. Nie miałam takiego zamiaru...po prostu...jeśli to ci poprawi humor, to też mam moc nad którą nie panuję... -dopiero, gdy to powiedziałam, zdałam sobie sprawę, jak głupio to musiało zabrzmieć.
<C.D Assair? Katniss?>

niedziela, 12 stycznia 2014

Assair'a - C.D. Armina

Pokłóciłem się z Arminem. Byłem zły, choć wszyscy się już pewnie do tego przyzwyczaili. On także zdenerwowany, odszedł dalej, w las, a ja zostałem i wpatrywałem się w swoje odbicie, w lodzie, pod moimi łapami. Jak zwykle zawaliłem. Co jak co, ale Armin, był jedynym wilkiem, który starał się przynajmniej mnie zrozumieć, choć fakt, że z marnym skutkiem. Nie powinienem być dla niego taki twardy. Lub chociaż dać mu dokończyć tą swoją gadkę o pokoju. Skierowałem się za jego tropem, z chęcią naprawienia swojej gafy, choć nawet nie wiedziałem właściwie jak. Ze spokojem układałem sobie jak mam zacząć rozmowę, omijając słowo ,,przepraszam", gdy nagle natknąłem się na zupełnie inne ślady, łączące się ze śladami Armina. Były to ślady wilczycy, lecz nie rozpoznawałem jej zapachu. Należała więc do Avalon. Byłoby to jeszcze dopuszczalne, bo Avalon mogło wysyłać swoich szpiegów, ale czy szpieg otwarcie rozmawiałby z wrogiem? Nie było w ogóle śladów, jakiejkolwiek walki, czy choć takich zamiarów. Dalej ślady dyplomaty, skierowały się za śladami wrogiej wilczycy i biegły w stronę terenów Avalon. Stanąłem, przed początkiem ścieżki, którą wiodły ślady i wpatrywałem się w las. Najbliższe mi drzewa pokrył lód i spadły z nich oszronione liście. Było mi ciężko na sercu, choć jeszcze nie potrafiłem uwierzyć. ,,Zdrajca...zdrajca...zdrajca..." - mózg analizował zdarzenie, a za każdym razem wydawało się to coraz bardziej bolesne. Oszołomienie minęło, a zastąpiła je gorycz. Klatka piersiowa, w miejscu najbliżej serca, pokryła się lodem i emanowała chłodem. Zerwał się wiatr, a w okół mnie latały płatki śniegu.
- Wybrałeś... - szepnąłem i ze złości posłałem w ziemię falę uderzeniową, lodu. Cały teren w obrębie siedemdziesięciu metrów odemnie, zamarzł,a życie w nim, ustało. Oczy świeciły mi się groźnie, ale podbródek drżał. Odwróciłem się i skierowałem w stronę jaskini. Nie należy ufać nikomu. Przecież to było do przewidzenia. Kto normalny poparłby dzikiego, porywczego, wręcz okrutnego w swym szaleństwie wilka, który wypowiedział wojnę, z pozoru w ogóle bezpodstawną?! Wcale, nie wiedziałem co robić. Kim byłem? Szczerze musiałem sam sobie na to pytanie w końcu odpowiedzieć. Byłem wilkiem, który się topił, już dławił napływającą do ust wodą, ale nadal starał się uratować. Tu wodą była wojna, a moją osobą moje przekonania. Nikt nie był ze mną. Nikt mnie nie poparł i nikt mnie już nie poprze. "Ostatnio, w ogóle nie widuje członków mojej watahy, a jedyny, który cały czas mnie widywał, właśnie hasa sobie w Avalon! Na dodatek, coraz mniej panuje nad mocą. Avalon, w końcu nie będzie musiało się po mnie fatygować, bo sam się w końcu przez przypadek zamrożę!" Wpadłem do jaskini . Ojciec wstał i spojrzał na mnie tymi swoimi pustymi oczami. Co ja się oszukiwałem! On już nie wyzdrowieje! On nigdy nie będzie już moim ojcem. On wcale mnie nie kocha i pewnie nigdy nie kochał! Czemu mnie dał wychowywać, jakiejś niańce?! Czemu sam się mną nie zajął?! Tak zawsze chciałem mieć ojca! Chciałbym choć raz usłyszeć coś innego niż ,,Assair - mój syn" oraz mamrotów pod nosem. "Co z tego, że byłem jego synem, skoro nigdy nie liczyłem się dla niego na tyle, żeby mnie choć raz, w dzieciństwie odwiedził!" myślałem, a gorzka fala żalu, przyćmiła mi zdrowy rozsądek. Ojciec, nie wiedząc dlaczego, a wyczuwając moją złość, podszedł bliżej i przypatrywał się jeszcze uciążliwiej. Nie wytrzymałem. - Mógłbyś być kiedyś prawdziwym ojcem?! Widzisz? Nie radzę sobie! Nie mam zielonego pojęcia co zrobić! Zawsze starałem się być dobrym synem! Ślepo zapatrzony w ojca, z wypiekami na twarzy słuchający o jego wspaniałych pojedynkach i heroicznych atakach! Zawsze chciałem być taki sam! Zawsze mimo choroby, Cię podziwiałem... Starałem się dla Ciebie! - krzyczałem, a cała jaskinia zamarzała grubym lodem. Sam już nawet nie zauważałem, jak moje ciało stawało się lodem. Mój ojciec cofał się cały czas. - Chciałem żebyś był ze mnie dumny... A ty co robisz... Co potrafisz... Nic! Całymi dniami wpatrujesz się ślepymi oczami w przeszłość, która już nie istnieje! Zamiast pomóc własnemu synowi, który potrzebuje pomocy TERAZ!.... Jesteś nikim! Tak jak ja! - po wykrzyknięciu ostatniego zdania oprzytomniałem. Przedemną kulił się ze strachu, mój własny ojciec. Jego ciało drżało, a ślepe oczy wpatrywały się w przestrzeń z przerażeniem. Na ten widok, już całkowicie sam siebie znienawidziłem. Chciałem stamtąd uciec, ale nie mogłem. Dopiero teraz zauważyłem, że lód na moim ciele doszedł już do szyi i powoli obejmował moją głowę. Gdybym się nie opanował... Pochłonąłby mnie... Całą siłą woli, z przymusem oczyściłem swój umysł, a lód się cofnął z powrotem w kierunku serca. Coraz częściej mi się to zdarzało... Ale moją uwagę przykuło teraz coś innego. Teraz, kiedy wróciły mi już zmysły, wyczułem obcy zapach w jaskini. Usłyszałem cichy szmer, skierowujący się do wylotu jaskini. Skoczyłem w tamtą stronę i strzeliłem falą lodu, ale spudłowałem i to coś uciekło. To nie był wilk. Nawet jak jestem zły, wyczuwam wilki. Podszedłem do miejsca gdzie strzeliłem. Leżało tam wielkie, piękne, czerwone pióro feniksa. " Jedyne feniksy w tych okolicach, żyją na terenach Avalon i to w Dzikich Górach... Żaden nie zapędziłby się tu z własnej woli... -zdziwiłem się, ale zaraz wszcząłem dedukcję - Lara zbiera golemy! Chce je napuścić na Armel! " wywnioskowałem zszokowany.  " Ale ja ich nie znam, więc one są dobre. Lara nigdy nie sięgnęłaby po Wygnane Potwory. Zabiłyby ją zaraz jakby się do nich zbliżyła . Ona jest zbyt dobra... " zaraz się uspokoiłem. Ale nadal fakt, że jakiekolwiek potwory chcą się w to bawić, był niebezpieczny. Musiałem zareagować." A skoro ona zwerbowała wszystkich prócz Wygnanych, które nienawidzą tych, przez których zostali wygnani, to najwyraźniej muszę się do nich udać ja. Tylko oni zechcą mi pomóc..." pomyślałem i czym prędzej, wybiegłem z jaskini. Tylko raz z żalem się obejrzałem za ojcem, ale ten, skulił się w najciemniejszym kącie mojej jaskini i już nawet mnie nie szukał... Chyba właśnie przestałem dla szczątków jego świadomości istnieć. Wezwałem wiatr. Chłodne tchnienie uniosło mnie wraz z liczną gromadą płatków śniegu. Leciałem w Dzikie Góry, w najczarniejsze zakątki moich terenów. Oczom moim ukazała się Diamentowa Pustelnia - ostatnie schronienie Wygnanych. Była to ponura i chłodna góra, a jedyne czym się różniła od innych, to to, że była z diamentów. Wylądowałem w samym środku krateru. Był olbrzymi, a od jego centrum, odbiegał różne tunele. Wybrałem jeden z nich, najbardziej zniszczony, idąc za przypuszczeniem, że potwory uczęszczając tą drogą, trochę go musiały zdemolować. Miałem rację. Ten tunel mimo, że był trudną drogą, doprowadził mnie do celu, do którego nie doprowadziłyby mnie inne. Przedemną znajdowała się Podziemna Kraina . Była to właściwie, rozległa jaskinia, w której rosły przedziwne rośliny, żyły nadzwyczajne zwierzęta, a gwiazda która zastępowała tu słońce została stworzona przez potężnego maga. Jak podejrzewałem żyli tu też Wygnani... Z pomocą wiatru przeskoczyłem nad przepaścią i wylądowałem na dziedzińcu. Wszędzie było cicho, spokojnie i... pusto.
- Gdzie są Ci, których Wygnano? Gdzie Ci których Wyklęto ? Gdzie wyrzutki ludu Dzikich Gór ? - tu zaprzestałem, by usłyszeć ewentualną odpowiedź, lecz nic nie usłyszałem - Pokażcie się, jeśli nie jesteście tylko potworami z bajek... Potworami którymi straszy się niegrzeczne szczenięta... Wyjdźcie mi na przeciw, jeśli istniejecie!!! - zawołałem, ale odpowiadało mi tylko echo. Nagle usłyszałem szmer zza pleców, odwróciłem się oraz odruchowo stworzyłem nad sobą dach z lodu i to mnie ocaliło. Nieznana mi istota, zamiast we mnie trafiła w taflę lodu i bez najmniejszego trudu go pokruszyła. Odskoczyłem, lecz bestia pobiegła za mną i znów zaatakowała. Zrobiłem unik i wystrzeliłem falę lodu, prosto w oczy bestii, a ta z okropnym rykiem runęła na ziemię. Teraz mogłem się przyjrzeć. Był to Bergul, ogromny, zmutowany i ostatni ork z Dzikich Gór. Chciałem do niego podejść, ale nagle przedemną i za mną pojawili się Wygnani . Otoczyli mnie w ciasnym pierścieniu.
Stali tam : Cer Ognisty - potwór ognia, Vervu - potwór wiatru, Kareen - potwór z mrocznych wód, Esea - mroczna elfka , łuczniczka jakich mało, Larielleara - ostatnia elfka wysokiego rodu, będąca magiem, oraz Arwaron - pół demon, pół człowiek, Zbuntowany Łowca Potworów. Usłyszałem wielki huk nad głową. To Roker - nieokiełznany smok i morderca wielu stworzeń. Ale to nie oni wzbudzili we mnie podziw. Właśnie do kręgu wszedł ON ... Postać majestatyczna, a z budowy trochę większa niż człowiek, skierowała swój mrożący wzrok na mnie. Pierwszy raz poczułem chłód na karku, a sierść zjeżyła mi się, z zimna. Tym razem to nie ja zamrażałem... Znałem go z opowiadań Kendry.. To był Mroczny Pan, Władca Przeklętych, zwany popularnie Wysysaczem Dusz ...
- To przybłęda! Zabijmy go i po sprawie... - usłyszałem od strony Cer'a, a potwór niebezpiecznie szybko przybliżał się do mnie.
- Właśnie! Paskuda jedna oczy mi zmroziła! Teraz to go zgniotę.... - zawołał ochoczo Bergul i pobiegł w moją stronę. Tym razem zareagowałem szybciej i ostrzej : od razu zneutralizowałem go posyłając mu lód między gały. Musiał się pewnie wściec, że znów dał się złapać na to samo... Nie miałem jednak czasu, zobaczyć co się z nim stało, ponieważ Cer właśnie strzelił we mnie kulą ognia. Ta musnęła mnie po prawym boku. Syknąłem. Bardzo bolało, ale w miejscu rany zaraz pojawił się lód. Swoją wściekłość okazałem potężnym atakiem fali lodu skierowanej na Cer'a . On w tym czasie zaatakował ogniem. Mój lód się topił i zamieniał w wodę, co z kolei trochę przygaszało ogień. Zdenerwowany faktem, równości naszych sił, wysiliłem się jak najmocniej i wygrałem ten pojedynek i to z wielkim hukiem. Cer odleciał daleko, ziemia zamarzła, ale ja upadłem. Moje ciało też nie było niewrażliwe na taką moc. Starałem się oddychać, ale każdy wdech był ciężki, ponieważ klatkę piersiową miałem uwięzioną w lodzie. Spojrzałem w lód pod moimi nogami... Widziałem swoje odbicie. Moje źrenice zmieniły kolor na słaby błękit, a wszystko co w okół widziałem rozmazywało się. Słyszałem jakby tylko echo słów, które Wygnani nademną wypowiadali... Zrobiło mi się ciepło i chciało mi się spać, a serce zaczęło pracować wolniej. Wszystko już było jakby złudą...  Słyszałem tylko trzask lodu na moim futrze, ponieważ lód coraz bardziej mnie pochłaniał...
Nagle zobaczyłem przed sobą twarz Mrocznego Pana. Objął mi głowę rękoma i siłą umysłu coś zrobił ze mną. Nie wiem co, ale odczułem ulgę, a lód cofnął się do serca. Moje oczy były znów złote, a ja raptownie zacząłem nabierać powietrza. Złapałem się w miejscu serca. Przyśpieszyło, ale nadal emanowało chłodem. Wszyscy w okół mnie milczeli, aż nie odezwał się ON.
- Jesteś chory... Przeklęty... Masz Serce z Lodu... - a jego słowa wisiały wręcz w powietrzu. Po chwili ciszy zapytał - Jak się zwiesz?
- Assair. Syn Altaira, syna Fear'a. Jestem Alfą Watahy Armel. Przyszedłem złożyć Wam propozycję... - powiedziałem już trzeźwo i stanąłem dumnie. - Czemu uważasz, że jestem przeklęty...? - spytałem się jednak, będąc niepewny gruntu rozmowy.
- Syn Przeklętego przyszedł by złożyć Nam propozycję! - zwrócił się tu już z przeszywającym śmiechem, do Wyklętych, zupełnie ignorując moje pytanie.  - Jednak może to i dobrze, że jesteś przeklęty. Gdyby nie Twoja choroba dawno byśmy Cię zabili i potraktowali jak zdechłego szczura... Mów, co masz do powiedzenia, ważąc na swoje słowa, ponieważ tak jak mogę ją cofnąć, tak też mogę przywrócić Twoją chorobę. - nie podobał mi się szczerze ton, którym się do mnie zwracał, więc uniosłem się dumą.
- Wpierw powiedz mi, czemu zwiesz mojego ojca Przeklętym i czemu ja też nim jestem !- zażądałem już stanowczo.
-Aaa... Czyli ta informacja jest dla Ciebie cenna ? Bo wiesz... Każda wiadomość ma swoją cenę... Ja na przykład... Cenię sobie świeże dusze.. Ale Ty nie możesz mi dać swojej ponieważ już do mnie należy... Więc co mi masz do zaoferowania ? - zrobił się chytry.  Przez chwilę stałem wbijając wzrok w Ziemię. Myślałem...
- Jest taka wataha... Avalon. Między moją watahą, a nimi jest wojna... Jeśli mi powiesz ,ofiaruję Ci dusze jedenastu członków z tej watahy... - zacząłem, ale mi przerwano.
- To za mało. A po za tym, nie mogę mieć pewności, że do mnie te dusze trafią... Nie jesteś ich władcą... A z drugiej strony, sam je sobie mogę wziąć...- Wysysacz Dusz, złapał się na haczyk i rozpoczął ze mną negocjacje.
- Nie możesz, bo nie wiesz, gdzie żyją, a nie wychylisz się na światło dzienne, bez świadomości, że to Ci się opłaci. Jeśli pomożesz mi i wesprzesz mnie w wojnie dostaniesz równo jedenaście dusz, członków tej watahy, lecz bez duszy ich Alfy, bo tu już wchodzi w grę moja osobista zemsta. - powiedziałem to takim tonem, że mimowolnie na ich twarze wstąpił przebiegły uśmiech zadowolenia, bo dostrzegli między mną a nimi podobieństwa, a ja ciągnąłem dalej - Prócz tego dostaniecie jedyną tego rodzaju szansę, by się zabawić... Oraz bonus, warty sto razy więcej niż milion dusz... - tu ściszyłem głos, by rozbudzić ich ciekawość
- Jaki jest bonus ? - spytała Esea, patrząc na mnie spod oka...
- Zemsta ... Na tych, którzy Was wygnali, spośród siebie... Na Potworach z Dzikich Gór... - wypowiedziałem to głośno, ale mimo to mój głos został zagłuszony przez okrzyki zdziwienia, poparcia, a nawet okrzyki wojenne... Wygrałem sprawę. Byłem już traktowany jak ,,Swój", a potwory odnosiły się do mnie nawet z sympatią. Nagle ogólną radość przerwał Mroczny Pan.
- Teraz chyba ja powinienem Ci opowiedzieć za co Ty jesteś przeklęty... Komu zawdzięczasz swoją chorobę... - tu wręcz zarechotał. Zaległa cisza... Esea i Larielleara, które już zdążyły mnie polubić i cały czas się uśmiechały, odwróciły teraz głowę... Nie rozumiałem tego. - A więc, to było tuż przed Twoimi narodzinami... Gdy Twój ojciec i ojciec Twojej siostry dowiedzieli się o Was, serce Twojego ojca opanowała zawiść. Twój ojciec był typem wojownika : twardy, waleczny, a za to o co walczy potrafił oddać całe życie... On walczył za Avalon... A właściwie o Avalon... O jej miłość ... On od początku całował Ziemię na której ona tylko stanęła... Kochał wszystko co ona darzyła miłością... Prócz swojego brata... Jego brat był zupełnie inny... Był wesoły, komunikatywny, a ponad wszystko miłował pokój...  Może obyłoby się nawet bez strat, gdyby się wtedy nie spotkali w Lesie Nevell'a . Twój ojciec z wściekłości rzucił się na swojego brata. Byli podobnej budowy, dysponowali podobną siłą, ale walka była nierówna, ponieważ... Artair nie chciał walczyć z bratem, bo go nadal kochał. Walczyli ze sobą, tarzając się po ziemi.  Altair dosięgnął brata pazurami i przejechał nimi po jego boku. Artair potoczył się po polanie, sycząc z bólu. Świeża krew zabarwiła trawę... Altair podszedł by zabić brata i zabiłby go z pewnością, ale ta polana w lesie należała do potężnej elfki o imieniu Revilla. Ona właśnie rzuciła przekleństwo na Altair'a i wszystkich pierworodnych w jego rodzie. Sprawiła też, że bracia nigdy więcej się nie spotkali, lecz przekleństwem Altair'a było to, że zawsze widział krew brata na swoich pazurach. Nie mógł polować, bo krew wprawiała go w obrzydzenie... Przestał jeść... Stał się wrakiem wilka... Nie tylko po jego ciele było widać śmierć... Jego umysł pociemniał... W tym czasie Ty się już urodziłeś, a nawet urosłeś... Twój ojciec był w tak złym stanie, że Revilla, zlitowała się nad nim i sprawiła, że się spotkaliście, zanim dusza Twojego ojca uleciała do mnie...  Ty się nim zająłeś... Ale sam z sobą też masz problem... Przekleństwo Twojego ojca, przeszło też na Ciebie... Od dziecka byłeś chory, ale w dzieciństwie to była przecież zwykła moc... Nic podejrzanego... Ale powoli zaczęła się zwiększać... Przestałeś mieć nad nią kontrole, a Twoje serce zarosło lodem, bardziej niż kiedykolwiek... Często zdarza Ci się już samemu zamarzać, prawda ? - zadał pytanie retoryczne, sprawdzając czy słucham. Słuchałem, ale było mi ciężko... W mojej głowie słychać było krzyk... Krzyk duszy... Krzyk duszy wilka w potrzasku. Bez szans na ratunek. Wpatrywałem się przed siebie, a wzrok mój, był nieobecny. Tymczasem Władca przeklętych kontynuował  - Teraz jeszcze potrafisz zatrzymać zamarzanie w porę, ale im częściej i z im większą siłą używasz mocy, tym szybciej lód Cię pochłonie... Ale to nie będzie od razu... Jak już cały pokryjesz się lodem, zmienisz się w wilka z lodu... Będziesz, żył jeszcze trochę w tej postaci, a potem Twoje Serce, Serce z Lodu, pęknie i rozpryśnie się na miliony kawałeczków... Razem z Tobą oczywiście. A wtedy całą krainę pokryje warstwa lodu, bo odejdzie Przeklęty... Lecz to będzie chwilowe... Później wszyscy zapomną... Lód się stopi... Nikt nie będzie Cię pamiętał, bo wybuch Twojego serca, wymaże im Cię z pamięci... Nie będzie Assaira, syna Altaira i Avalon... - zakończył swoje opowiadanie, a ja poczułem jakby ktoś właśnie wystawił na mnie wyrok. Zapadło milczenie. Jeśli teraz okaże słabość, to oni zwątpią, nie pomogą... Wszytko pójdzie na nic...
,,Nie! Nie teraz!"  Zebrałem siły i stanąłem, mimo, że niewidzialna siła przygniatała mnie do ziemi... Przecież nie może mnie nic gorszego już spotkać...
- Wiem... Że nie mam żadnych szans...- powiedziałem całkiem szczerze - Lecz spróbuję...Chociaż raz! - powiedziałem głośno i zdecydowanie. Uśmiechnąłem się pewnie, a na swoim ramieniu poczułem dotyk dłoni Larielleary. Spojrzała na mnie wesoło i uśmiechnęła się.
- Ja się piszę, a Wy ? - poparła mnie. Zaraz zawtórowały jej okrzyki innych.
- Tylko weź, niech Ci serce tak szybko nie pęka... - powiedziała do mnie przyjaźnie Esea.
- Nie zamierza . - odpowiedziałem ze spokojem w duszy. Teraz większość potworów rozmawiała ze sobą, z ożywieniem, na tematy kiedyś pewnie tak im bliskie, czyli o wojennych wyprawach. Tylko jeden z nich nic nie mówił i patrzył na mnie lodowatym wzrokiem. Mroczny Pan, najwyraźniej nie ucieszył się z tego, że tak szybko poradziłem sobie ze wszystkimi ciężkimi informacjami i że jeszcze sprawiłem, że jego poddani się uśmiechali.. Że nawet na niego nie zwracali uwagi...
-  Układ stoi. - rzekł twardo - Pamiętaj jednak, że należysz do mnie... - dodał na przypomnienie.
- Jeszcze NIE. - odparowałem krótko i odwróciłem się, by porozmawiać z resztą, a potem wyruszyć do domu, acz czułem się nadal obserwowany z tyłu...
,,- Będę miał z nim kłopoty"- pomyślałem...
,,- Nawet nie wiesz jak wielkie..." - powiedział obcy mi głos, w mojej głowie...


< opowiadanie jest trochę cofnięte w chronologii wydarzeń, ponieważ bardzo długo je pisałam >
< moja postać jest już normalnie w watasze i odpisze niedługo wilkom, którym miała odpisać>
< Przepraszam za ewentualne niedoróbki w opowiadaniu, które wystąpiły dlatego, iż zależało mi na czasie ( pisze to samo opowiadanie już od tygodnia i byłam trochę zmęczona ) >
< Gratulacje wszystkim, którzy doczytali do końca - przy korekcie opka też miałam kłopoty z orientacją w tekście c: )

Od Katniss - C.D. Alarici


-Wtedy ? -powtórzyłam zatrzymując się gwałtownie.
-Chyba wiesz o co mi chodzi ...- odparła Alarica.
I znowu poczułam gwałtowne gorąco ,obraz zamazał mi się przed oczami i ponownie widziałam kilka urywków z mojego życia ,2 roześmiane szczeniaki brykające po łące , które nie były świadome żadnych niebezpieczeństw , a potem sygnał wygrywany przez wojenne rogi i oni -wilki wychodzące z cienia , krew ,zamęt , niewolnictwo ...Pamiętam jak chwyciłam się mocno łapy mojego ojca ,patrzyłam jak ginie moje rodzeństwo ,słyszałam krzyk mojej matki , a gdzieś w tłumie widziałam Alaricę nawołującą rodziców ,ktorzy dawno zniknęli mi z oczu ..potem nagle znalazłam się w celi wtulona w tatę ...byłam jeszcze mała może 6 miesięcy ,nie więcej ,tata zaopiekował się mną i Al ,codziennie przychodzili strażnicy i mówili do nas tymi przeklętymi numerami ,'Nadają je nam ze względu na naszą kolejność do odstrzału ' i te łzy w oczach ojca gdy za każdym razem tłumaczył mi co z mamą , co z nami ...i moment mojej ucieczki ,kiedy zostawiłam ich wszystkich i myślałam tylko o sobie ...
Oddychałam ciężko niczym maszyna parowa , obraz rzeczywistości powoli do mnie wracał..
-Wszystko w porządku Kat ?-otrzeźwiła mnie Alarica.
-Tak , tylko że na prawdę nic nie moge sobie przypomnieć z tamtego okresu .-zręcznie się wymigałam .
-Cóż to zupełnie jak ja , chyba czas się pożegnać ,do zobaczenia !
-Cześć.-odparłam i poszłam do swojej jaskini .
***
Nazajutrz ponownie spotkałam się z Alaricą ,udałyśmy się nad wodospad aby popływać .Od razu zaczęłyśmy chlapać się ,podtapiać i wariować niczym szczenięta.I nagle CHLAST! Któraś z nas ochlapała przez przypadek nie kogo innego jak Alfę .
-Upss..-syknęła Alarica zakłopotana i zanurzyła się w wodzie widząc jego grobową minę .
Wyszłam z wody ,nawet jeśli to nie ja go ochlapałam -mogę przyjąć za to odpowiedzialność ,przynajmniej teraz kiedy nie mam już nic do stracenia .
-Wybacz nam .-wycedziłam przez zęby (miałam wielką ochotę przewrócić oczami )
Nienawidzę przepraszać ani przyznawać się do błędów ale jak mus to mus .

<Assair?Alarica?>