Pokłóciłem się z Arminem. Byłem zły, choć wszyscy się już pewnie do tego przyzwyczaili. On także zdenerwowany, odszedł dalej, w las, a ja zostałem i wpatrywałem się w swoje odbicie, w lodzie, pod moimi łapami. Jak zwykle zawaliłem. Co jak co, ale Armin, był jedynym wilkiem, który starał się przynajmniej mnie zrozumieć, choć fakt, że z marnym skutkiem. Nie powinienem być dla niego taki twardy. Lub chociaż dać mu dokończyć tą swoją gadkę o pokoju. Skierowałem się za jego tropem, z chęcią naprawienia swojej gafy, choć nawet nie wiedziałem właściwie jak. Ze spokojem układałem sobie jak mam zacząć rozmowę, omijając słowo ,,przepraszam", gdy nagle natknąłem się na zupełnie inne ślady, łączące się ze śladami Armina. Były to ślady wilczycy, lecz nie rozpoznawałem jej zapachu. Należała więc do Avalon. Byłoby to jeszcze dopuszczalne, bo Avalon mogło wysyłać swoich szpiegów, ale czy szpieg otwarcie rozmawiałby z wrogiem? Nie było w ogóle śladów, jakiejkolwiek walki, czy choć takich zamiarów. Dalej ślady dyplomaty, skierowały się za śladami wrogiej wilczycy i biegły w stronę terenów Avalon. Stanąłem, przed początkiem ścieżki, którą wiodły ślady i wpatrywałem się w las. Najbliższe mi drzewa pokrył lód i spadły z nich oszronione liście. Było mi ciężko na sercu, choć jeszcze nie potrafiłem uwierzyć. ,,Zdrajca...zdrajca...zdrajca..." - mózg analizował zdarzenie, a za każdym razem wydawało się to coraz bardziej bolesne. Oszołomienie minęło, a zastąpiła je gorycz. Klatka piersiowa, w miejscu najbliżej serca, pokryła się lodem i emanowała chłodem. Zerwał się wiatr, a w okół mnie latały płatki śniegu.
- Wybrałeś... - szepnąłem i ze złości posłałem w ziemię falę uderzeniową, lodu. Cały teren w obrębie siedemdziesięciu metrów odemnie, zamarzł,a życie w nim, ustało. Oczy świeciły mi się groźnie, ale podbródek drżał. Odwróciłem się i skierowałem w stronę jaskini. Nie należy ufać nikomu. Przecież to było do przewidzenia. Kto normalny poparłby dzikiego, porywczego, wręcz okrutnego w swym szaleństwie wilka, który wypowiedział wojnę, z pozoru w ogóle bezpodstawną?! Wcale, nie wiedziałem co robić. Kim byłem? Szczerze musiałem sam sobie na to pytanie w końcu odpowiedzieć. Byłem wilkiem, który się topił, już dławił napływającą do ust wodą, ale nadal starał się uratować. Tu wodą była wojna, a moją osobą moje przekonania. Nikt nie był ze mną. Nikt mnie nie poparł i nikt mnie już nie poprze. "Ostatnio, w ogóle nie widuje członków mojej watahy, a jedyny, który cały czas mnie widywał, właśnie hasa sobie w Avalon! Na dodatek, coraz mniej panuje nad mocą. Avalon, w końcu nie będzie musiało się po mnie fatygować, bo sam się w końcu przez przypadek zamrożę!" Wpadłem do jaskini . Ojciec wstał i spojrzał na mnie tymi swoimi pustymi oczami. Co ja się oszukiwałem! On już nie wyzdrowieje! On nigdy nie będzie już moim ojcem. On wcale mnie nie kocha i pewnie nigdy nie kochał! Czemu mnie dał wychowywać, jakiejś niańce?! Czemu sam się mną nie zajął?! Tak zawsze chciałem mieć ojca! Chciałbym choć raz usłyszeć coś innego niż ,,Assair - mój syn" oraz mamrotów pod nosem. "Co z tego, że byłem jego synem, skoro nigdy nie liczyłem się dla niego na tyle, żeby mnie choć raz, w dzieciństwie odwiedził!" myślałem, a gorzka fala żalu, przyćmiła mi zdrowy rozsądek. Ojciec, nie wiedząc dlaczego, a wyczuwając moją złość, podszedł bliżej i przypatrywał się jeszcze uciążliwiej. Nie wytrzymałem. - Mógłbyś być kiedyś prawdziwym ojcem?! Widzisz? Nie radzę sobie! Nie mam zielonego pojęcia co zrobić! Zawsze starałem się być dobrym synem! Ślepo zapatrzony w ojca, z wypiekami na twarzy słuchający o jego wspaniałych pojedynkach i heroicznych atakach! Zawsze chciałem być taki sam! Zawsze mimo choroby, Cię podziwiałem... Starałem się dla Ciebie! - krzyczałem, a cała jaskinia zamarzała grubym lodem. Sam już nawet nie zauważałem, jak moje ciało stawało się lodem. Mój ojciec cofał się cały czas. - Chciałem żebyś był ze mnie dumny... A ty co robisz... Co potrafisz... Nic! Całymi dniami wpatrujesz się ślepymi oczami w przeszłość, która już nie istnieje! Zamiast pomóc własnemu synowi, który potrzebuje pomocy TERAZ!.... Jesteś nikim! Tak jak ja! - po wykrzyknięciu ostatniego zdania oprzytomniałem. Przedemną kulił się ze strachu, mój własny ojciec. Jego ciało drżało, a ślepe oczy wpatrywały się w przestrzeń z przerażeniem. Na ten widok, już całkowicie sam siebie znienawidziłem. Chciałem stamtąd uciec, ale nie mogłem. Dopiero teraz zauważyłem, że lód na moim ciele doszedł już do szyi i powoli obejmował moją głowę. Gdybym się nie opanował... Pochłonąłby mnie... Całą siłą woli, z przymusem oczyściłem swój umysł, a lód się cofnął z powrotem w kierunku serca. Coraz częściej mi się to zdarzało... Ale moją uwagę przykuło teraz coś innego. Teraz, kiedy wróciły mi już zmysły, wyczułem obcy zapach w jaskini. Usłyszałem cichy szmer, skierowujący się do wylotu jaskini. Skoczyłem w tamtą stronę i strzeliłem falą lodu, ale spudłowałem i to coś uciekło. To nie był wilk. Nawet jak jestem zły, wyczuwam wilki. Podszedłem do miejsca gdzie strzeliłem. Leżało tam wielkie, piękne, czerwone pióro feniksa. " Jedyne feniksy w tych okolicach, żyją na terenach Avalon i to w Dzikich Górach... Żaden nie zapędziłby się tu z własnej woli... -zdziwiłem się, ale zaraz wszcząłem dedukcję - Lara zbiera golemy! Chce je napuścić na Armel! " wywnioskowałem zszokowany. " Ale ja ich nie znam, więc one są dobre. Lara nigdy nie sięgnęłaby po Wygnane Potwory. Zabiłyby ją zaraz jakby się do nich zbliżyła . Ona jest zbyt dobra... " zaraz się uspokoiłem. Ale nadal fakt, że jakiekolwiek potwory chcą się w to bawić, był niebezpieczny. Musiałem zareagować." A skoro ona zwerbowała wszystkich prócz Wygnanych, które nienawidzą tych, przez których zostali wygnani, to najwyraźniej muszę się do nich udać ja. Tylko oni zechcą mi pomóc..." pomyślałem i czym prędzej, wybiegłem z jaskini. Tylko raz z żalem się obejrzałem za ojcem, ale ten, skulił się w najciemniejszym kącie mojej jaskini i już nawet mnie nie szukał... Chyba właśnie przestałem dla szczątków jego świadomości istnieć. Wezwałem wiatr. Chłodne tchnienie uniosło mnie wraz z liczną gromadą płatków śniegu. Leciałem w Dzikie Góry, w najczarniejsze zakątki moich terenów. Oczom moim ukazała się Diamentowa Pustelnia - ostatnie schronienie Wygnanych. Była to ponura i chłodna góra, a jedyne czym się różniła od innych, to to, że była z diamentów. Wylądowałem w samym środku krateru. Był olbrzymi, a od jego centrum, odbiegał różne tunele. Wybrałem jeden z nich, najbardziej zniszczony, idąc za przypuszczeniem, że potwory uczęszczając tą drogą, trochę go musiały zdemolować. Miałem rację. Ten tunel mimo, że był trudną drogą, doprowadził mnie do celu, do którego nie doprowadziłyby mnie inne. Przedemną znajdowała się Podziemna Kraina . Była to właściwie, rozległa jaskinia, w której rosły przedziwne rośliny, żyły nadzwyczajne zwierzęta, a gwiazda która zastępowała tu słońce została stworzona przez potężnego maga. Jak podejrzewałem żyli tu też Wygnani... Z pomocą wiatru przeskoczyłem nad przepaścią i wylądowałem na dziedzińcu. Wszędzie było cicho, spokojnie i... pusto.
- Gdzie są Ci, których Wygnano? Gdzie Ci których Wyklęto ? Gdzie wyrzutki ludu Dzikich Gór ? - tu zaprzestałem, by usłyszeć ewentualną odpowiedź, lecz nic nie usłyszałem - Pokażcie się, jeśli nie jesteście tylko potworami z bajek... Potworami którymi straszy się niegrzeczne szczenięta... Wyjdźcie mi na przeciw, jeśli istniejecie!!! - zawołałem, ale odpowiadało mi tylko echo. Nagle usłyszałem szmer zza pleców, odwróciłem się oraz odruchowo stworzyłem nad sobą dach z lodu i to mnie ocaliło. Nieznana mi istota, zamiast we mnie trafiła w taflę lodu i bez najmniejszego trudu go pokruszyła. Odskoczyłem, lecz bestia pobiegła za mną i znów zaatakowała. Zrobiłem unik i wystrzeliłem falę lodu, prosto w oczy bestii, a ta z okropnym rykiem runęła na ziemię. Teraz mogłem się przyjrzeć. Był to Bergul, ogromny, zmutowany i ostatni ork z Dzikich Gór. Chciałem do niego podejść, ale nagle przedemną i za mną pojawili się Wygnani . Otoczyli mnie w ciasnym pierścieniu.
Stali tam : Cer Ognisty - potwór ognia, Vervu - potwór wiatru, Kareen - potwór z mrocznych wód, Esea - mroczna elfka , łuczniczka jakich mało, Larielleara - ostatnia elfka wysokiego rodu, będąca magiem, oraz Arwaron - pół demon, pół człowiek, Zbuntowany Łowca Potworów. Usłyszałem wielki huk nad głową. To Roker - nieokiełznany smok i morderca wielu stworzeń. Ale to nie oni wzbudzili we mnie podziw. Właśnie do kręgu wszedł ON ... Postać majestatyczna, a z budowy trochę większa niż człowiek, skierowała swój mrożący wzrok na mnie. Pierwszy raz poczułem chłód na karku, a sierść zjeżyła mi się, z zimna. Tym razem to nie ja zamrażałem... Znałem go z opowiadań Kendry.. To był Mroczny Pan, Władca Przeklętych, zwany popularnie Wysysaczem Dusz ...
- To przybłęda! Zabijmy go i po sprawie... - usłyszałem od strony Cer'a, a potwór niebezpiecznie szybko przybliżał się do mnie.
- Właśnie! Paskuda jedna oczy mi zmroziła! Teraz to go zgniotę.... - zawołał ochoczo Bergul i pobiegł w moją stronę. Tym razem zareagowałem szybciej i ostrzej : od razu zneutralizowałem go posyłając mu lód między gały. Musiał się pewnie wściec, że znów dał się złapać na to samo... Nie miałem jednak czasu, zobaczyć co się z nim stało, ponieważ Cer właśnie strzelił we mnie kulą ognia. Ta musnęła mnie po prawym boku. Syknąłem. Bardzo bolało, ale w miejscu rany zaraz pojawił się lód. Swoją wściekłość okazałem potężnym atakiem fali lodu skierowanej na Cer'a . On w tym czasie zaatakował ogniem. Mój lód się topił i zamieniał w wodę, co z kolei trochę przygaszało ogień. Zdenerwowany faktem, równości naszych sił, wysiliłem się jak najmocniej i wygrałem ten pojedynek i to z wielkim hukiem. Cer odleciał daleko, ziemia zamarzła, ale ja upadłem. Moje ciało też nie było niewrażliwe na taką moc. Starałem się oddychać, ale każdy wdech był ciężki, ponieważ klatkę piersiową miałem uwięzioną w lodzie. Spojrzałem w lód pod moimi nogami... Widziałem swoje odbicie. Moje źrenice zmieniły kolor na słaby błękit, a wszystko co w okół widziałem rozmazywało się. Słyszałem jakby tylko echo słów, które Wygnani nademną wypowiadali... Zrobiło mi się ciepło i chciało mi się spać, a serce zaczęło pracować wolniej. Wszystko już było jakby złudą... Słyszałem tylko trzask lodu na moim futrze, ponieważ lód coraz bardziej mnie pochłaniał...
Nagle zobaczyłem przed sobą twarz Mrocznego Pana. Objął mi głowę rękoma i siłą umysłu coś zrobił ze mną. Nie wiem co, ale odczułem ulgę, a lód cofnął się do serca. Moje oczy były znów złote, a ja raptownie zacząłem nabierać powietrza. Złapałem się w miejscu serca. Przyśpieszyło, ale nadal emanowało chłodem. Wszyscy w okół mnie milczeli, aż nie odezwał się ON.
- Jesteś chory... Przeklęty... Masz Serce z Lodu... - a jego słowa wisiały wręcz w powietrzu. Po chwili ciszy zapytał - Jak się zwiesz?
- Assair. Syn Altaira, syna Fear'a. Jestem Alfą Watahy Armel. Przyszedłem złożyć Wam propozycję... - powiedziałem już trzeźwo i stanąłem dumnie. - Czemu uważasz, że jestem przeklęty...? - spytałem się jednak, będąc niepewny gruntu rozmowy.
- Syn Przeklętego przyszedł by złożyć Nam propozycję! - zwrócił się tu już z przeszywającym śmiechem, do Wyklętych, zupełnie ignorując moje pytanie. - Jednak może to i dobrze, że jesteś przeklęty. Gdyby nie Twoja choroba dawno byśmy Cię zabili i potraktowali jak zdechłego szczura... Mów, co masz do powiedzenia, ważąc na swoje słowa, ponieważ tak jak mogę ją cofnąć, tak też mogę przywrócić Twoją chorobę. - nie podobał mi się szczerze ton, którym się do mnie zwracał, więc uniosłem się dumą.
- Wpierw powiedz mi, czemu zwiesz mojego ojca Przeklętym i czemu ja też nim jestem !- zażądałem już stanowczo.
-Aaa... Czyli ta informacja jest dla Ciebie cenna ? Bo wiesz... Każda wiadomość ma swoją cenę... Ja na przykład... Cenię sobie świeże dusze.. Ale Ty nie możesz mi dać swojej ponieważ już do mnie należy... Więc co mi masz do zaoferowania ? - zrobił się chytry. Przez chwilę stałem wbijając wzrok w Ziemię. Myślałem...
- Jest taka wataha... Avalon. Między moją watahą, a nimi jest wojna... Jeśli mi powiesz ,ofiaruję Ci dusze jedenastu członków z tej watahy... - zacząłem, ale mi przerwano.
- To za mało. A po za tym, nie mogę mieć pewności, że do mnie te dusze trafią... Nie jesteś ich władcą... A z drugiej strony, sam je sobie mogę wziąć...- Wysysacz Dusz, złapał się na haczyk i rozpoczął ze mną negocjacje.
- Nie możesz, bo nie wiesz, gdzie żyją, a nie wychylisz się na światło dzienne, bez świadomości, że to Ci się opłaci. Jeśli pomożesz mi i wesprzesz mnie w wojnie dostaniesz równo jedenaście dusz, członków tej watahy, lecz bez duszy ich Alfy, bo tu już wchodzi w grę moja osobista zemsta. - powiedziałem to takim tonem, że mimowolnie na ich twarze wstąpił przebiegły uśmiech zadowolenia, bo dostrzegli między mną a nimi podobieństwa, a ja ciągnąłem dalej - Prócz tego dostaniecie jedyną tego rodzaju szansę, by się zabawić... Oraz bonus, warty sto razy więcej niż milion dusz... - tu ściszyłem głos, by rozbudzić ich ciekawość
- Jaki jest bonus ? - spytała Esea, patrząc na mnie spod oka...
- Zemsta ... Na tych, którzy Was wygnali, spośród siebie... Na Potworach z Dzikich Gór... - wypowiedziałem to głośno, ale mimo to mój głos został zagłuszony przez okrzyki zdziwienia, poparcia, a nawet okrzyki wojenne... Wygrałem sprawę. Byłem już traktowany jak ,,Swój", a potwory odnosiły się do mnie nawet z sympatią. Nagle ogólną radość przerwał Mroczny Pan.
- Teraz chyba ja powinienem Ci opowiedzieć za co Ty jesteś przeklęty... Komu zawdzięczasz swoją chorobę... - tu wręcz zarechotał. Zaległa cisza... Esea i Larielleara, które już zdążyły mnie polubić i cały czas się uśmiechały, odwróciły teraz głowę... Nie rozumiałem tego. - A więc, to było tuż przed Twoimi narodzinami... Gdy Twój ojciec i ojciec Twojej siostry dowiedzieli się o Was, serce Twojego ojca opanowała zawiść. Twój ojciec był typem wojownika : twardy, waleczny, a za to o co walczy potrafił oddać całe życie... On walczył za Avalon... A właściwie o Avalon... O jej miłość ... On od początku całował Ziemię na której ona tylko stanęła... Kochał wszystko co ona darzyła miłością... Prócz swojego brata... Jego brat był zupełnie inny... Był wesoły, komunikatywny, a ponad wszystko miłował pokój... Może obyłoby się nawet bez strat, gdyby się wtedy nie spotkali w Lesie Nevell'a . Twój ojciec z wściekłości rzucił się na swojego brata. Byli podobnej budowy, dysponowali podobną siłą, ale walka była nierówna, ponieważ... Artair nie chciał walczyć z bratem, bo go nadal kochał. Walczyli ze sobą, tarzając się po ziemi. Altair dosięgnął brata pazurami i przejechał nimi po jego boku. Artair potoczył się po polanie, sycząc z bólu. Świeża krew zabarwiła trawę... Altair podszedł by zabić brata i zabiłby go z pewnością, ale ta polana w lesie należała do potężnej elfki o imieniu Revilla. Ona właśnie rzuciła przekleństwo na Altair'a i wszystkich pierworodnych w jego rodzie. Sprawiła też, że bracia nigdy więcej się nie spotkali, lecz przekleństwem Altair'a było to, że zawsze widział krew brata na swoich pazurach. Nie mógł polować, bo krew wprawiała go w obrzydzenie... Przestał jeść... Stał się wrakiem wilka... Nie tylko po jego ciele było widać śmierć... Jego umysł pociemniał... W tym czasie Ty się już urodziłeś, a nawet urosłeś... Twój ojciec był w tak złym stanie, że Revilla, zlitowała się nad nim i sprawiła, że się spotkaliście, zanim dusza Twojego ojca uleciała do mnie... Ty się nim zająłeś... Ale sam z sobą też masz problem... Przekleństwo Twojego ojca, przeszło też na Ciebie... Od dziecka byłeś chory, ale w dzieciństwie to była przecież zwykła moc... Nic podejrzanego... Ale powoli zaczęła się zwiększać... Przestałeś mieć nad nią kontrole, a Twoje serce zarosło lodem, bardziej niż kiedykolwiek... Często zdarza Ci się już samemu zamarzać, prawda ? - zadał pytanie retoryczne, sprawdzając czy słucham. Słuchałem, ale było mi ciężko... W mojej głowie słychać było krzyk... Krzyk duszy... Krzyk duszy wilka w potrzasku. Bez szans na ratunek. Wpatrywałem się przed siebie, a wzrok mój, był nieobecny. Tymczasem Władca przeklętych kontynuował - Teraz jeszcze potrafisz zatrzymać zamarzanie w porę, ale im częściej i z im większą siłą używasz mocy, tym szybciej lód Cię pochłonie... Ale to nie będzie od razu... Jak już cały pokryjesz się lodem, zmienisz się w wilka z lodu... Będziesz, żył jeszcze trochę w tej postaci, a potem Twoje Serce, Serce z Lodu, pęknie i rozpryśnie się na miliony kawałeczków... Razem z Tobą oczywiście. A wtedy całą krainę pokryje warstwa lodu, bo odejdzie Przeklęty... Lecz to będzie chwilowe... Później wszyscy zapomną... Lód się stopi... Nikt nie będzie Cię pamiętał, bo wybuch Twojego serca, wymaże im Cię z pamięci... Nie będzie Assaira, syna Altaira i Avalon... - zakończył swoje opowiadanie, a ja poczułem jakby ktoś właśnie wystawił na mnie wyrok. Zapadło milczenie. Jeśli teraz okaże słabość, to oni zwątpią, nie pomogą... Wszytko pójdzie na nic...
,,Nie! Nie teraz!" Zebrałem siły i stanąłem, mimo, że niewidzialna siła przygniatała mnie do ziemi... Przecież nie może mnie nic gorszego już spotkać...
- Wiem... Że nie mam żadnych szans...- powiedziałem całkiem szczerze - Lecz spróbuję...Chociaż raz! - powiedziałem głośno i zdecydowanie. Uśmiechnąłem się pewnie, a na swoim ramieniu poczułem dotyk dłoni Larielleary. Spojrzała na mnie wesoło i uśmiechnęła się.
- Ja się piszę, a Wy ? - poparła mnie. Zaraz zawtórowały jej okrzyki innych.
- Tylko weź, niech Ci serce tak szybko nie pęka... - powiedziała do mnie przyjaźnie Esea.
- Nie zamierza . - odpowiedziałem ze spokojem w duszy. Teraz większość potworów rozmawiała ze sobą, z ożywieniem, na tematy kiedyś pewnie tak im bliskie, czyli o wojennych wyprawach. Tylko jeden z nich nic nie mówił i patrzył na mnie lodowatym wzrokiem. Mroczny Pan, najwyraźniej nie ucieszył się z tego, że tak szybko poradziłem sobie ze wszystkimi ciężkimi informacjami i że jeszcze sprawiłem, że jego poddani się uśmiechali.. Że nawet na niego nie zwracali uwagi...
- Układ stoi. - rzekł twardo - Pamiętaj jednak, że należysz do mnie... - dodał na przypomnienie.
- Jeszcze NIE. - odparowałem krótko i odwróciłem się, by porozmawiać z resztą, a potem wyruszyć do domu, acz czułem się nadal obserwowany z tyłu...
,,- Będę miał z nim kłopoty"- pomyślałem...
,,- Nawet nie wiesz jak wielkie..." - powiedział obcy mi głos, w mojej głowie...
< opowiadanie jest trochę cofnięte w chronologii wydarzeń, ponieważ bardzo długo je pisałam >
< moja postać jest już normalnie w watasze i odpisze niedługo wilkom, którym miała odpisać>
< Przepraszam za ewentualne niedoróbki w opowiadaniu, które wystąpiły dlatego, iż zależało mi na czasie ( pisze to samo opowiadanie już od tygodnia i byłam trochę zmęczona ) >
< Gratulacje wszystkim, którzy doczytali do końca - przy korekcie opka też miałam kłopoty z orientacją w tekście c: )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz