Cat Paw Print

wtorek, 4 lutego 2014

Od Arii

Wracam do jaskini. Odbyłam porządny trening w zaciszu leśnych drzew i wymieniłam kotarę wejściową, mojego domku, z liściowej na iglastą. Właśnie skończyłam, kiedy zerwała się straszna śnieżyca. Śnieg zaczął walić tumanami zimnych drobin w pyszczek i zmieniać kierunek lotu strzał. Teraz wracam osłaniając się powierzchownie łukiem i kawałkiem gałęzi z igłami. Zaciskam jeszcze mocniej zęby, żeby przedrzeć się przez zaspy, a po chwili trafiam mordą w ścianę.
- Ueh.. – stękam po zderzeniu i zaczynam chichotać. W końcu wgramoliłam się do jaskini i leżę brzuchem na ziemi. Czołgam się do krzesiwka i zręcznie rozpalam ogień na wcześniej przygotowanym stosiku. Wybieram się do spiżarni po małe co nieco, bo w brzuchu burczy mi niemiłosiernie.
- Aria..! – słyszę przytłumiony krzyk zza kotary iglaków.
- Proszę! – odwrzaskuję, a po chwili do jaskini wpada bałwan - Stream. Wybucham śmiechem na widok wilczycy, całej upapranej w śniegu.
- Bardzo śmieszne… - mamrocze, ale z nikłym rozbawieniem na pyszczku. Pomagam jej wstać. Kierujemy się do ogniska, gdzie ogrzewamy nasze zimne zadki.
- A więc co Cię sprowadza, w ten ( powiedzmy) urokliwy dzień, do mojego odludzia? – wilczyca odchrząkuje i mówi:
- Wiesz, ostatnio mam łapy pełne roboty i codziennie odczytuję różne runy. Kiedy przyszła mroźna zima, zwiększyło się moje zapotrzebowanie na świeczki, bo sam ogień to za mało światła – przerywa na głęboki oddech. – Więc zapytam wprost – masz trochę świeczuszek na zbyciu?
Uśmiecham się, kiwam głową i idę do pseudo spiżarni. Wchodzę do środka, biorę świece, ale mina za momnet mi rzednie. Wychodzę do koleżanki z zażenowaniem na twarzy i oznajmiam:
- Skończyły mi się zapasy.

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz