Kolejny dzień mojej wędrówki. Nie mam pojęcia ile już tak wędruję. Sześć
miesięcy, rok czy może dwa lata. Straciłem rachubę czasu odkąd musiałem
uciekać z watahy, która pewnie nie istnieje, albo co gorzej zamieniła
się w jeden wielki burdel. Wszystko przez niego, mojego brata -
An'ai'ego, gdyby nie jego chore myśli o władzy mógłbym żyć spokojnie z
rodziną, zostać partnerem Savary, i może jeszcze doradcą alfy. Wszystkie
moje marzenia jakie miałem legły w gruzach po tym jak mój wygnany brat
powrócił i zemścił się.
Kolejny dzień taki sam, pobudka i ruszam na przód, idę, idę, i idę.
Czasem zdarzy się coś upolować jednak zazwyczaj chodzę głodny. Potem
wieczór, znajduje sobie schronienie i zasypiam, co dzień to samo. W
ciągu całego mojego tułaczego życia nie dołączyłem jeszcze do żadnej
watahy, może to dlatego, że jej nie szukam.
Jednak już mam dość, nie mogę znieść tej samotności, ciągłego
rozmyślania co się zdarzyło. To się stało, już było. Powinienem żyć
teraźniejszością nie przeszłością.
Przystanąłem, poczułem zapach stada wilków. Może jest to wataha,
pomyślałem idąc w kierunku skąd dochodził zapach. Coraz mocniej czułem
obecność innych wilków. Oby mnie tylko przyjęli.
- Stój! - usłyszałem i rozglądnąłem się do o koła, nikogo nie zauważyłem.
Tymczasem z lasu wybiegła biała wadera. Przystanęła kilka metrów ode mnie i zapytała:
- Co robisz na terenach naszej watahy?
- Chciałem dołączyć - odpowiedziałem, bacznie się jej przyglądając. - Jesteś może alfą?
- Nie, w kwestii przyjmowania nowych członków nie mam za wiele do
powiedzenia, jednak mogę cię zaprowadzić do namiestnika, zobaczymy co on
z tobą zrobi.
<Glia, kontynuujesz?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz