Biegłam przed siebie, nie widząc praktycznie nic. Wzrok miałam zamglony,
umysł osłabiony, owiany paniką. Wilki wciąż goniły mnie, a ja z każdą
sekundą wyraźniej słyszałam ich śmiech. Zacisnęłam zęby, starając się
nie płakać. W końcu wskoczyłam na wysoką, stromą skałę, mając nadzieję,
że już mnie nie dopadną. Wszystko potoczyłoby się dobrze, gdybym w
ostatniej chwili nie straciła równowagi. Zrobiłam krok do tyłu, jednak
zamiast oparcia napotkałam jedynie powietrze. Wyczerpane ciało nie miało
sił się ratować. Spadłam z czterech metrów, uderzając z hukiem o
ziemię. Niesamowity ból przeszył moje żebra, prawą łopatkę i biodro.
Wiedziałam, że to koniec. Wilki dobiegły kilka chwil później, wciąż
rechocząc.
- No proszę, proszę- zaczął czarno-czerwony basior o żółtych ślepiach.- Wygląda na to, że kości jednak można złamać.
Reszta odpowiedziała śmiechem. Tylko jeden, stojący na tyle biały wilk z
niebieskimi akcentami nie odezwał się ani słowem. Uciekał wzrokiem, ze
wstydem malującym się na pysku. Tchórz. Pieprzony zdrajca.
- Zabiję cię, Sate...- syknęłam przez zęby w odpowiedzi.
- Och, naprawdę?- spytał z szyderczym uśmiechem, po czym stanął nade
mną.- Nie sądzę, żeby udało ci się mnie nawet popchnąć, Bones... a co
dopiero zabić... doprawdy, zabawna jesteś.
Ruchem głowy wydał rozkaz swoim towarzyszom. Ci od razu ruszyli w moją
stronę, z wyraźnym zamiarem oszpecenia mnie do cna. Jęknęłam przy
pierwszym szarpnięciu, jednak szybko się za to skarciłam. Przez resztę
tortur nie pisnęłam słowa.
- Dobra... zostawcie to ścierwo- powiedział kolejny, zielony,
zdecydowanie największy.- I nie waż się więcej pokazać w watasze. To, co
się tu wydarzyło, było jedynie rozgrzewką.
Powoli zaczęli odchodzić, omawiając między sobą, jakie to wszystko było
zabawne. Tylko biało-niebieski basior odwrócił się ze skrucha w moją
stronę. "Przepraszam"- dało się wyczytać z jego oczu. I co z tego, że
przeprasza? Oczekuje, że po prostu mu wybaczę? Zaufałam mu... a on mnie
wystawił. Szczerze, to nie chciało mi się go nienawidzić. Miałam go
gdzieś. Posłałam tylko mordercze spojrzenie w jego stronę, a on zwiał,
podkulając ogon. Zamknęłam oczy, licząc na spokojny sen.
Wyskoczyłam zza krzaków całkowicie przezroczysta, szarżując na wielkiego
zająca. Jednym, szybkim ciosem pozbawiłam zwierzę życia. Obgryzłam
ciało do kości, nie zostawiając śladu po mdłym, żylastym mięsie, którego
i tak nie było za wiele. Podniosłam łeb i wytarłam pysk z krwi, po czym
wbiłam spojrzenie w horyzont. Minęły dwa lata odkąd zostałam brutalnie
wygnana z watahy. Dwa lata, odkąd żyję w całkowitej samotności. No, o
ile koszmary nie zaliczają się do towarzyszy, a tak się składa, że grają
w moim życiu rolę pierwszoplanową. W porę zorientowałam się, że jestem
na widoku. Wróciłam z powrotem w gęstszą część lasu, zwinnie omijając
drzewa. Słońce zaczynało chować się za górami, a niedługo po tym na jego
miejsce wstąpił księżyc. Zdążyłam się już nauczyć, że spędzenie nocy na
ziemi w tych okolicach byłoby czystym masochizmem. Wskoczyłam więc na
wysokie drzewo, pnąc się w kierunku najbliższych gałęzi. Położyłam się
na trzeciej czy czwartej od dołu, na wysokości szesnastu metrów. Im
wyżej się znajdowałam, tym bezpieczniej się czułam. Nie miałam ochoty na
sen, chociaż wiedziałam, że korzystniej byłoby się wyspać-zamiast tego
postanowiłam pooglądać sobie jak głupiutkie, nierozważne zwierzątka
walczą o przetrwanie. Około pierwszej nad ranem pod moim drzewem
pojawiła się niewielka puma. Mogła mieć najwyżej pół roku, miała złamaną
łapę i dużą, obficie krwawiącą ranę na boku. Wyła okropnie. Jeszcze
chwila i zwabiłaby tam wszystkie drapieżniki, a nie należały one do
najmilszych istot. Przez chwilę wahałam się, jednak w końcu podjęłam
decyzję- podniosłam się i zeskoczyłam w po gałęziach, po czym odbiłam
się od ostatniej i poleciałam w dół. Wylądowałam miękko, jednak przednia
prawa łapa wygięła mi się pod nienaturalnym kątem. Syknęłam kilka
przekleństw pod nosem, słysząc dźwięk łamanej kości. Dlaczego akurat
teraz? Zignorowałam ból, skupiając się na pumie, która wciąż mnie nie
zauważyła. Skoczyłam na nią i bezceremonialnie uwolniłam ją od cierpień.
Las znów wypełniła cisza. Westchnęłam z ulgą, jednak mój spokój został w
porę przerwany (a jakże by inaczej) dzikim rykiem dochodzącym z
odległości kilkunastu kilometrów. Niestety, odległość ta miała bardzo
szybko zmniejszyć się do kilku kilometrów, a potem kilku metrów. Istoty
te poruszały się w nadzwyczajnym tempie, jednak nie mogły wychodzić poza
obszar lasu. Bez dalszych rozmyślań ruszyłam przed siebie.
Nie-w-pełni-sprawna łapa dawała o sobie znać, skoncentrowałam się jednak
na ucieczce. Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się pierwsze halucynacje
i zawroty głowy, które z każdą chwilą przybierały na sile. Byłam
całkowicie świadoma faktu, że zarówno strach, jak i iluzje są celowo
narzucane, jednak nie mogłam sprawnie funkcjonować. Bieg wyczerpywał
mnie fizycznie i psychicznie, ostatnimi siłami zdobyłam się na ryk.Nagle
czarne chmury podążające za mną kłębiły się w zwolnionym tempie,
wiedziałam jednak, że nie utrzymam tego długo. Zaczęłam kuśtykać w
stronę widocznej już granicy lasu. Wyskoczyłam z niego w chwili gdy
wszystko wróciło do normy. Ciemna mgła uderzyła w barierę, po czym
powoli zaczęła cofać się w głąb puszczy. Odetchnęłam z ulgą. Łapy mi się
trzęsły, a ja cała chwiałam, ruszyłam jednak do przodu. Nie pamiętam
dokładnie drogi. Przeszłam przez jakiś wąwóz, cieśninę, cokolwiek to
było. Pamiętam opuchniętą łapę Pamiętam, że się potknęłam. Pamiętam, że
na kogoś wpadłam. Chciałam przeprosić, jednak z moich ust wydobył się
jedynie suchy kaszel.
- Mkhmm, wybacz...- mruknęłam.
<jakiś on?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz