Cat Paw Print

wtorek, 28 stycznia 2014

Od Cassandry

Biegłam przed siebie, nie widząc praktycznie nic. Wzrok miałam zamglony, umysł osłabiony, owiany paniką. Wilki wciąż goniły mnie, a ja z każdą sekundą wyraźniej słyszałam ich śmiech. Zacisnęłam zęby, starając się nie płakać. W końcu wskoczyłam na wysoką, stromą skałę, mając nadzieję, że już mnie nie dopadną. Wszystko potoczyłoby się dobrze, gdybym w ostatniej chwili nie straciła równowagi. Zrobiłam krok do tyłu, jednak zamiast oparcia napotkałam jedynie powietrze. Wyczerpane ciało nie miało sił się ratować. Spadłam z czterech metrów, uderzając z hukiem o ziemię. Niesamowity ból przeszył moje żebra, prawą łopatkę i biodro. Wiedziałam, że to koniec. Wilki dobiegły kilka chwil później, wciąż rechocząc.
- No proszę, proszę- zaczął czarno-czerwony basior o żółtych ślepiach.- Wygląda na to, że kości jednak można złamać.
Reszta odpowiedziała śmiechem. Tylko jeden, stojący na tyle biały wilk z niebieskimi akcentami nie odezwał się ani słowem. Uciekał wzrokiem, ze wstydem malującym się na pysku. Tchórz. Pieprzony zdrajca.
- Zabiję cię, Sate...- syknęłam przez zęby w odpowiedzi.
- Och, naprawdę?- spytał z szyderczym uśmiechem, po czym stanął nade mną.- Nie sądzę, żeby udało ci się mnie nawet popchnąć, Bones... a co dopiero zabić... doprawdy, zabawna jesteś.
Ruchem głowy wydał rozkaz swoim towarzyszom. Ci od razu ruszyli w moją stronę, z wyraźnym zamiarem oszpecenia mnie do cna. Jęknęłam przy pierwszym szarpnięciu, jednak szybko się za to skarciłam. Przez resztę tortur nie pisnęłam słowa.
- Dobra... zostawcie to ścierwo- powiedział kolejny, zielony, zdecydowanie największy.- I nie waż się więcej pokazać w watasze. To, co się tu wydarzyło, było jedynie rozgrzewką.
Powoli zaczęli odchodzić, omawiając między sobą, jakie to wszystko było zabawne. Tylko biało-niebieski basior odwrócił się ze skrucha w moją stronę. "Przepraszam"- dało się wyczytać z jego oczu. I co z tego, że przeprasza? Oczekuje, że po prostu mu wybaczę? Zaufałam mu... a on mnie wystawił. Szczerze, to nie chciało mi się go nienawidzić. Miałam go gdzieś. Posłałam tylko mordercze spojrzenie w jego stronę, a on zwiał, podkulając ogon. Zamknęłam oczy, licząc na spokojny sen.

Wyskoczyłam zza krzaków całkowicie przezroczysta, szarżując na wielkiego zająca. Jednym, szybkim ciosem pozbawiłam zwierzę życia. Obgryzłam ciało do kości, nie zostawiając śladu po mdłym, żylastym mięsie, którego i tak nie było za wiele. Podniosłam łeb i wytarłam pysk z krwi, po czym wbiłam spojrzenie w horyzont. Minęły dwa lata odkąd zostałam brutalnie wygnana z watahy. Dwa lata, odkąd żyję w całkowitej samotności. No, o ile koszmary nie zaliczają się do towarzyszy, a tak się składa, że grają w moim życiu rolę pierwszoplanową. W porę zorientowałam się, że jestem na widoku. Wróciłam z powrotem w gęstszą część lasu, zwinnie omijając drzewa. Słońce zaczynało chować się za górami, a niedługo po tym na jego miejsce wstąpił księżyc. Zdążyłam się już nauczyć, że spędzenie nocy na ziemi w tych okolicach byłoby czystym masochizmem. Wskoczyłam więc na wysokie drzewo, pnąc się w kierunku najbliższych gałęzi. Położyłam się na trzeciej czy czwartej od dołu, na wysokości szesnastu metrów. Im wyżej się znajdowałam, tym bezpieczniej się czułam. Nie miałam ochoty na sen, chociaż wiedziałam, że korzystniej byłoby się wyspać-zamiast tego postanowiłam pooglądać sobie jak głupiutkie, nierozważne zwierzątka walczą o przetrwanie. Około pierwszej nad ranem pod moim drzewem pojawiła się niewielka puma. Mogła mieć najwyżej pół roku, miała złamaną łapę i dużą, obficie krwawiącą ranę na boku. Wyła okropnie. Jeszcze chwila i zwabiłaby tam wszystkie drapieżniki, a nie należały one do najmilszych istot. Przez chwilę wahałam się, jednak w końcu podjęłam decyzję- podniosłam się i zeskoczyłam w po gałęziach, po czym odbiłam się od ostatniej i poleciałam w dół. Wylądowałam miękko, jednak przednia prawa łapa wygięła mi się pod nienaturalnym kątem. Syknęłam kilka przekleństw pod nosem, słysząc dźwięk łamanej kości. Dlaczego akurat teraz? Zignorowałam ból, skupiając się na pumie, która wciąż mnie nie zauważyła. Skoczyłam na nią i bezceremonialnie uwolniłam ją od cierpień. Las znów wypełniła cisza. Westchnęłam z ulgą, jednak mój spokój został w porę przerwany (a jakże by inaczej) dzikim rykiem dochodzącym z odległości kilkunastu kilometrów. Niestety, odległość ta miała bardzo szybko zmniejszyć się do kilku kilometrów, a potem kilku metrów. Istoty te poruszały się w nadzwyczajnym tempie, jednak nie mogły wychodzić poza obszar lasu. Bez dalszych rozmyślań ruszyłam przed siebie. Nie-w-pełni-sprawna łapa dawała o sobie znać, skoncentrowałam się jednak na ucieczce. Po jakimś czasie zaczęły pojawiać się pierwsze halucynacje i zawroty głowy, które z każdą chwilą przybierały na sile. Byłam całkowicie świadoma faktu, że zarówno strach, jak i iluzje są celowo narzucane, jednak nie mogłam sprawnie funkcjonować. Bieg wyczerpywał mnie fizycznie i psychicznie, ostatnimi siłami zdobyłam się na ryk.Nagle czarne chmury podążające za mną kłębiły się w zwolnionym tempie, wiedziałam jednak, że nie utrzymam tego długo. Zaczęłam kuśtykać w stronę widocznej już granicy lasu. Wyskoczyłam z niego w chwili gdy wszystko wróciło do normy. Ciemna mgła uderzyła w barierę, po czym powoli zaczęła cofać się w głąb puszczy. Odetchnęłam z ulgą. Łapy mi się trzęsły, a ja cała chwiałam, ruszyłam jednak do przodu. Nie pamiętam dokładnie drogi. Przeszłam przez jakiś wąwóz, cieśninę, cokolwiek to było. Pamiętam opuchniętą łapę Pamiętam, że się potknęłam. Pamiętam, że na kogoś wpadłam. Chciałam przeprosić, jednak z moich ust wydobył się jedynie suchy kaszel.
- Mkhmm, wybacz...- mruknęłam.

<jakiś on?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz