Wojna się zaczęła. Nadszedł czas ataku.
Łucznicy co prawda byli schowani, ale nieustannie bałem się o Arię.
Nagle Lara dała znak do ataku. Ruszyłem jako jeden z pierwszych. Cały
czas byłem w płomieniach więc prawie żaden wilk nie odważył się mnie
zaatakować. Sam też nie zabijałem. Tylko unieruchamiałem. Łucznicy wciąż
strzelali, ale jednego brakowało. Tak, Arii. Pobiegłem w stronę, gdzie
miała strzelać. Walczyła tam z jednym z wrogich wilków. Jej łuk leżał
daleko za nią i widać było, że nie radzi sobie z przeciwnikiem. Nie
wahając się ani chwili wskoczyłem na niego, powaliłem, a następnie
zapaliłem moimi płonącymi łapami. Był to ogień tymczasowy, który nie
zabije ale mocno zrani. Spojrzałem na leżącą waderę.
<Aria?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz