Szłam wpatrzona w swoje łapy, kiedy nagle
usłyszałam okropne wycie. Poszłam zaciekawiona w stronę dźwięku. Po
chwili moim oczom ukazał się brązowy basior, który miał zatrzaśniętą
kończynę w ludzkich sidłach. Podeszłam nieśmiało i obejrzałam ranę
wilka. Musiałam wyciągnąć jego łapę z pułapki. Kiedy chciałam otworzyć
kleszcze, basior cofnął łapę sprawiając sobie jeszcze więcej bólu.
- Co robisz?- zapytał. - Chcę ci pomóc.- odpowiedziałam zdziwiona. - A masz jakieś pojęcie o medycynie? - Gdybym nie miała, nie byłabym główną medyczką. Dobrze wiedziałam jak otworzyć kleszcze. Nacisnęłam w odpowiednim miejscu i gotowe. Następnie (po długim jęczeniu basiora) udało mi się zmniejszyć krwawienie i owinąć łapę bandażem. - Dziękuję. Jak masz na imię?- zapytał po skończeniu opatrywania ran. - Annayia.- powiedziałam. - Ładnie. Zarumieniłam się delikatnie. Nie czułam się dobrze w obecności basiora, więc bez słowa zmieniłam się w sowę i odleciałam. Kiedy byłam około dziesięć kilometrów dalej wylądowałam i wyciągnęłam swój amulet. Nie rozmawiałam z Alex'em od kilku dni... Chuchnęłam na świeżynkę. Ta zaświeciła się i po chwili ujrzałam mojego brata. - Cześć Ann.- powiedział. - Oj, Alex! Tak się stęskniłam!- rzekłam i skoczyłam by go przytulić. Zapomniałam jednak, że jest on tylko zjawą... Wpadłam więc z impetem na drzewo. - Ha, ha... Nadal nie możesz zapamiętać?- kpił sobie ze mnie. - Taa...- powiedziałam masując obolałą głowę. Nasza rozmowa trwała do południa. Potem musieliśmy przerwać, gdyż zrobiłam się głodna. Po drodze usłyszałam znajomy głos...
<Luck?>
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz